Dieta czy religia. a może post i głodówka?

Poza indywidualnymi odpowiedziami na pytania dawno nic w tym miejscu nie pisałem o diecie. Przy czym chciałbym mocno wyakcentować jedną rzecz. Nie mam zamiaru uchodzić za eksperta, zwłaszcza w dziedzinie żywienia. Wszystko co piszę w tym zakresie jest bardziej materiałem do przemyślenia niźli zbiorem prawd objawionych. Myślę, że ekspertów mamy już aż nadto. Więcej nam nie potrzeba.

Eksperci i fanatycy żywieniowi

Fakt mnogości ekspertów wpłynął też znacząco na percepcję tematu. Zauważcie, że to już nie są rozsądne dyskusje pomiędzy oponentami. Niejednokrotnie mamy do czynienia z fanatyzmem, z jakim do tej pory można było spotkać się jedynie w odniesieniu do religii. Współczesny Polak będzie walczył do opadłego o swoje poglądy polityczne, religijne czy żywieniowe. Taka walka bez chęci wysłuchania drugiej strony zwykle potrafi popsuć nawet najlepiej zapowiadającą się imprezę towarzyską. Sam zwykle z tego powodu unikam podobnych dyskusji.
Niemniej w tym miejscu mam zamiar po raz kolejny podjąć temat. Trochę refleksji mi się nazbierało. Raz pod wpływem lektur, a także w związku z zadawanymi pytaniami. Niejako ostatnią kroplą, która przelała puchar były teksty Martina Brekhana, które możecie sobie w polskojęzycznej wersji poczytać TUTAJ. Lektura ciekawa, aczkolwiek nie podaję linka po to, by uznać tezy autora za prawdziwe. Jeśli się z nim zgadzam, to tylko w kilu punktach. Widzę też pewną zbieżność z tym co niedawno lansował Zbyszko Taczewski, a to wskazuje, że nadchodzi nowa moda. Na głodzenie kulturystów. Więc warto uprzedzić masowy atak i przedstawić kontrargumenty.

Moje materiały i metody badawcze

Muszę też stwierdzić z pewną przykrością, że nie dysponuję wielkimi laboratoriami czy grupami testowymi składającymi się z tysięcy osób. Może kiedyś będę miał dużo pieniędzy i wtedy otworzę ośrodek badawczy. Dziś mam do dyspozycji tylko swój brzuch oraz brzuchy tych, którym pomagałem budować sylwetkę. Do tego mogę dorzucić obserwację nawyków żywieniowych otoczenia.
Bynajmniej nie stronię od tekstów naukowych, lecz dość często metodologia ich prowadzenia oraz interpretacja pozastawiają tak wiele do życzenia, że niezależnie od firmujących je nazwisk, jeśli moje prywatne doświadczenie mówi coś innego, wolę wierzyć sobie. Można mi zarzucać ignorancję lub zarozumiałość, ale po latach przestałem się tym przejmować. Ludzie zwykle wysuwają takie zarzuty wtedy, gdy brakuje im racjonalnych argumentów. Zaś ja nigdy nie przedstawiałem swoich poglądów jako niepodważalnych i nieomylnych – o czym już wspominałem.

Dieta jako wyskok w bok?

Przejdźmy do rzeczy. Na ile rodzaj diety buduje masę mięśniową? Pytanie dość ogólne, ale potrzebne w świetle tysięcy postów pt. dieta na masę, dieta redukcyjna itd. Zasadnicza sprawa, która obowiązuje zarówno w kulturystyce jak i w racjonalnym odchudzaniu, to fakt, że dieta nie jest czymś co rozpisuje się tak po prostu na kartce, stosuje przez kilka tygodni i przestaje. Dieta jest próbą optymalizowania swojego organizmu zgodnie z założonymi celami. Chcesz mieć szczupłą sylwetkę? Dobierasz do tego celu dietę. Chcesz budować większe mięśnie? Także dobierasz dietę. Tylko co potem? Po dwóch miesiącach już nie chcesz być szczupły, albo nie chcesz mieć więcej mięśni? Organizmu nie można doprowadzić do określonego stanu i potem już się tym nie przejmować. Ten stan sam z siebie trwać wiecznie nie będzie.
Dlaczego diety nie uda się ułożyć od razu? Bo musisz nauczyć się słuchać swego organizmu. Jak reaguje na pewne proporcje składników czy pokarmy. Co z czym możesz jeść, a czego lepiej nie mieszać. Nie oszukujmy się. Tego tak naprawdę żadna teoria nam nie powie. To trzeba eksperymentalnie sprawdzić na sobie. Dowiedzieć się co uczula, by to wyeliminować. Wreszcie na koniec nauczyć się manipulować składnikami i pokarmami. zwykle też badania alergologiczne dają dość dziwne wyniki, bo zarówno na sobie, jaki w kilku innych przypadkach zauważyłem, że uczulało co innego niż wykazały badania!
Zaś co do manipulacji, to tu jest zaryta słynna sabaka. Bo wspomniani na początku autorzy zakładają takie manipulacje na początku, gdy człowiek sam siebie jeszcze nie poznał. O innych bzdurach przez nich promowanych za chwilę.

Ulubione procenty

Zastanówmy się jeszcze nad mocno upowszechnionym przekonaniem, że dieta to w kulturystyce 70% sukcesu. Niektórzy nawet twierdzą, że 90%. Takie wyliczenia siłą rzeczy nie mają żadnego przełożenia na życie. Niby dlaczego akurat tyle? Brzmi to fajnie, ale nic nie wnosi.
No to może rację mają nasi promotorzy kontrolowanych głodówek? Punkt pierwszy i najważniejszy. Musisz trenować. Trenować ciężko, a może nawet nie tyle ciężko co mądrze z odpowiednią periodyzacją ćwiczeń i zakresów w serii, czy też bawiąc się innymi parametrami. Samo jedzenie, nawet to idealne nic dać nie może. Musi być ten podstawowy bodziec, który zmobilizuje organizm do nadbudowy. Więc równie dobrze mogę napisać, że 100% sukcesu w kulturystyce to dobrze rozplanowane treningi. Będę miał rację? Dlaczego nie, każdy pisze sobie jakieś procenty, wzorki i jakby nie było, zawsze będzie to wyglądało uczenie, choć procenty to zdaje się materiał do opanowania na poziomie czwartej klasy szkoły podstawowej.
Mam wierzyć Brekhamowi i jakimś wydumanym badaniom sugerującym, że sama dieta bez treningu da przyrosty mięśni? Tu nawet nie ma z czym polemizować. jasne! Odpowiednie żywienie i nie musisz ćwiczyć, a za trzy miesiące podnosisz 100kg więcej. Coś Wam to przypomina?
Wróćmy lepiej do wersji z treningami. Oto mam idealny plan i nie dbam o jedzenie. Rano nie jem śniadania, jak radzi Taczewski czy Brekhan i do dzieła. Ewentualnie wrzucam w siebie przez pół dnia tylko aminokwasy w tabletkach. Fajnie?

Głodówka i poziom cukru

Panowie i Panie, z pustego to nawet Salomon nie naleje. Jeśli nie dostarczymy poszczególnych składników w odpowiednich ilościach organizm nie będzie miał z czego nadbudowywać. Powiem więcej. Ja to kiedyś przerabiałem. Nie jadłem śniadań, a kiedyś miałem okazję doświadczyć ataku hipoglikemii, co opisałem kilka dni temu Pani Mariolce na innym blogu o żywieniu.
Nie wiem, jak określić człowieka, który jak Brekhan twierdzi, że możesz nie jeść 3 dni i poziom cukru we krwi nie spadnie. Osiem godzin pracy fizycznej, później wróciłem do domu i na szybko trening, a na koniec okazało się, że nie zdążę nic zjeść ani zabrać za sobą. Wyjeżdżałem i spieszyło mi się na pociąg. Było to wiele lat temu, gdy po licznych porażkach na tzw. dietach masowych, przestałem się na jakiś czas przejmować jedzeniem.
Na pociąg musiałem dojechać autobusem. W pewnym momencie poczułem się fatalnie. Silny ból w całym korpusie, serce waliło jak wściekle, myślałem, że to stan przedzawałowy, a pewnie inni pasażerowie byli o tym święcie przekonani. Ledwo wydostałem się z autobusu – z mdłościami i na trzęsących się nogach. Wpadłem do pierwszej lepszej knajpy i napchałem się jedzeniem. Pociąg oczywiście uciekł. Po pewnym czasie wszystko wróciło do normy. Tak! Możesz ciężko trenować i nie jeść…
Więc co poziom cukru we krwi spada dopiero po trzech dniach? Może i tak, pod warunkiem, że te dni spędzisz w fotelu a jedyny wysiłek to naciskanie przycisków pilota. Możesz sobie jeść niewiele, jeśli nie pracujesz ciężko fizycznie i nie trenujesz. Możesz nawet tylko dwa razy dziennie. To czy przytyjesz czy schudniesz zależy od masy różnych czynników. Między innymi od tego co będziesz jadł. Jednak jeśli trenujesz i nie jesz to prędzej czy później zrobisz sobie krzywdę. Raczej prędzej.

Niepotrzebne śniadania

Pierwszym, który twierdził, że z pustym żołądkiem lepiej się myśli był znany bohater książek Arthura Conana Doyle’a – Sherlock Holmes. Ten pozornie inteligentny detektyw wygłaszał masę podobnych bzdur, co nie powinno dziwić, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jego twórca był zagorzałym spirytystą. Jak widać unikanie śniadań zwykle powoduje wygłaszanie bredni.
Sam nie jestem rano specjalnie dobrze nastawiony do jedzenia dużych porcji. Wiec rozumiem i literackiego Holmesa i rzeczywistego Brekhana. Praktyka jednak nauczyła mnie, że podejmowanie pracy na głodno nie jest ani mądre ani zdrowe. Wprawdzie mój organizm „rozpędza się metabolicznie” w ciągu dnia, ale rano musze mu dostarczyć choć trochę białka i tłuszczu. Inaczej zarówno trening, jak i praca idą znacznie gorzej.

Kulturystyka, a ludzie pierwotni

Czy może nas do głodówek przekonać analiza życia ludzi pierwotnych lub raczej jej namiastki? Wszak oni na przemian obfitowali i głodowali. Kłopot z nimi jest taki, że oni rzadko wykonywali ciężką pracę anaerobową. Najczęściej był to wysiłek tlenowy, a tylko czasem przenosili coś ciężkiego. Do takiej pracy wykonywanej przez lata organizm się przyzwyczajał. optymalizował wysiłek, by jak najmniej się zmęczyć. To nie ma żadnego przełożenia na sport, a na pewno nie na kulturystykę. Nie zapominajmy, że często też po drodze podjadali jagódki.
Im więcej mięśni masz, tym trudniej je utrzymać. Im dłużej trenujesz tym większe zaangażowanie jednostek motorycznych. Paradoksalnie działamy wbrew zasadzie optymalizacji wysiłku. Bowiem, jak tylko organizm się do czegoś zaczyna przyzwyczajać, my zmieniamy parametry i znowu zmuszamy go do kolejnej optymalizacji. Powiedzmy, że robię martwe ciągi w serii po 5 ruchów. Pierwszy tydzień idzie ciężko. Drugi przybywa mi siły i masy, bo już organizm zaczyna się przystosowywać, w trzecim jeszcze przybywa i już praca jest lżejsza. Nagle w czwartym przeskakuję na 10 powtórzeń. To zupełnie inne wymogi, choć pozornie ćwiczenie to samo. I tak ciągle. Do tego dochodzi fakt, że ciężary w każdym zakresie są coraz większe. Rosną więc wymagania w zakresie żywienia.
Ujmując to bardziej literacko: Im dalej w las tym bardziej trzeba pilnować koszyczka z jedzeniem. I to nie tylko ze względu na grasującego wilka czy misia Yogi. Często można przeczytać, że badania przeprowadzono na grupie ludzi niewytrenowanych i wytrenowanych. To pierwsze niewiele nam mówi, a to drugie? Co znaczy tu osoba wytrenowana? Taka, która wykonywała dane ćwiczenie z tymi samymi parametrami przez ostatnie pięć miesięcy? W takim razie to również nas nie dotyczy!

Ile posiłków na dobę?

No właśnie. Ilość posiłków na dobę. Kolejny temat do dyskusji. Wystarczy trzy, czy trzeba jeść 5-6 razy na dzień? Na pewno prawdą jest, że organizm jest w stanie przyswoić na raz więcej niż 30 gram białka. Od biedy można jeść dwa lub trzy razy na dzień. Nie ma w tym nic złego, jeśli chcemy utrzymać stan constans. Jednak wszelkie próby zmiany, czy to poprzez palenie tkanki tłuszczowej czy budowanie mięśniowej wymagają większej ilości posiłków.
Tak naprawdę zaczynamy używać wtedy żywienia, jako subtelnego narzędzia ingerencji. Przede wszystkim na poziomie hormonów. Każdy posiłek to dodatkowy bonus hormonalny. Jeśli oczywiście nie przesadzamy z węglowodanami, bo to ostatecznie obróci się przeciw nam.
Faktem jest, że organizm przyzwyczaja się do określonych pór posiłków i ktoś kto je często, częściej też z czasem będzie głodny. Tu z własnego doświadczenia mogę stwierdzić jedno. Nie zgadzam się z tymi przedstawicielami paleo, którzy twierdzą, że tłuszcze dłużej podtrzymują poziom cukru we krwi. Sam po sobie widzę, że tak nie jest. Obecnie trawię tłuszcze może nawet szybciej niż kiedyś węglowodany. Właśnie przez częste posiłki. Przy czym to „trawię” rozumiem nie jako cały proces, ale moment, w którym znowu jestem głodny (spada poziom cukru we krwi). Jest więc nieprawdą, jakoby ilość posiłków nie miała wpływu na szybkość metabolizmu. Ma! Zresztą nawet, gdyby nie miała, to czy nie jest rozsądniej podawać regularnie mniejsze porcje i tym samym mniej obciążać organizm? Jak się czujesz po sześciu mniejszych posiłkach, a jak po jednym wielkim?
Zresztą sam organizm te sprawy reguluje. Zauważyłem, że kilka osób, które wprost nie dawały się przekonać do większej ilości posiłków i tylko trenowały według moich wytycznych, po pewnym czasie nagle samoistnie zaczynały jeść częściej.
Jest prawdą, że jeden ominięty posiłek nic złego nam nie zrobi. Pod warunkiem, że nie będzie się to zdarzało codziennie. O takich manipulacjach należałoby jednak napisać osobny tekst.

Nazywam się piec i liczę kalorie

Czytając o dietach, jakie by one nie były i jaki nurt nie byłby reprezentowany, ciągle spotykamy się z nieszczęsnymi kaloriami. Tymczasem ja już od dwóch lat ich nie liczę, brzuch mi powoli spada, mięśnie rosną choć jestem osobą wybitnie niepodatną na metody kulturystyczne. Jest to związane z czynnikami zdrowotnymi, które tu pominę.
Chyba tylko jeden jedyny puma poleca, by kalorii nie liczyć, choć w innych kwestiach dietetycznych znacznie się różnimy. Wprawdzie wyliczenia na bazie białko-tłuszcz-węglowodany też nie są aż takie optymalne, ale są już bliższe prawdzie niż kalorie. Nie możemy przecież wpaść w paranoje i rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. Zwłaszcza, że po półwieczu zakłamania naukowego trudno powiedzieć co jest naprawdę zdrowe, a co nie. Jasne, że trzeba pamiętać, że aminokwas aminokwasowi nierówny, że tłuszcze bywają różne itd. Im bardziej będziemy nabierali doświadczenia, tym bardziej będziemy w stanie stwierdzić co nam służy, a co nie!
Musimy tylko oduczyć się myślenia dogmatycznego i obserwować. Spokojnie mogę zjeść boczek czy smalec. Nie ma problemu. Ostatnio nawet trenuję na smalcu, ale o tym szczegółowo kiedy indziej. Jednak ten sam tłuszcz na gorąco mi szkodzi. To czuję bardzo szybko. Specyficzne bóle głowy i inne nieprzyjemne objawy. Mogę sobie dywagować na temat utleniania i podobnych. Nieważne – najważniejsze jest to, że wiem, czego się trzymać.
Kalorie zacznę liczyć wtedy, gdy będę nazywał się piec i moja rola będzie się sprowadzała do przetwarzania energii. Nieprawdą jest, że potrzebujemy do życia tyle kalorii, a do takiej czy innej czynności tyle! To są bzdury wyssane z palca. Każda dieta ułożona na podstawie wyliczeń kalorii jest ostatecznie fantastyką naukową.
Wspominałem już o optymalizacji wysiłku. Ta sama czynność z czasem wymaga coraz mniej energii. Różne proporcje kostne sprawiają, że jeden będzie więcej energii potrzebował na wejście na schody, a inny mniej. Teraz weźcie pod uwagę wagę poszczególnych jednostek. Różnice proporcji masy kostnej, mięśniowej i tłuszczowej, a potem wysokość stopni i wyjdzie wam równanie, którego nikt nie będzie w stanie ułożyć ani rozwiązać. Chcecie liczyć kalorie spalane na treningu? Jakim cudem?
Póki co nie chcę tu siać zamętu w umysłach i wchodzić w głębsze szczegóły. Jednak chyba łatwo zrozumieć, że ta sama ilość kalorii z tłuszczu a z węglowodanów zupełnie inaczej wpłynie na organizm. Nie mówiąc już o tym, że inaczej będą działać węglowodany z poszczególnych źródeł. Co innego da nam skrobia co innego fruktoza itd.
Brekhan twierdzi też, że można jeść węglowodany na noc, czy też nocą i nie ma to wpływu na sylwetkę. Podobne cuda wypisuje Katarzyna Matela, która ponoć robi za dietetyka krajowej kadry kulturystycznej. Oboje zupełnie nie liczą się z rozregulowaną gospodarką hormonalną większości ludzi. Ignorują pulsacje hormonów płciowych i hormonu wzrostu, by rzecz ująć najprościej. Nie bardzo wiem jaki sens ma mieć podcinanie sobie testosteronu poprzez ładowanie w siebie węglowodanów w dużych ilościach zwłaszcza w porze nocnej. No chyba, że podopieczni pozyskują go z innych źródeł… ups!
Osobiście nie widzę sensu zjadania większych ilości węglowodanów. Zwłaszcza w postaci ryżu, czy wszelkiego modnego od lat żarcia dla chomików – czyli płatków śniadaniowych. Sama pora ma tu znaczenie drugorzędne. Każdy posiłek ze zbyt dużą ilością węglowodanów niweczy część naszych wysiłków.

Końcowe uwagi

W czasie pisania tego tekstu zorientowałem się, że również puma opublikował swoją polemikę z tezami Brekhana. Znajdziecie ją w tym miejscu. Ogólnie rzecz biorąc Martin Brekhan to kolejny trener wpisujący się nurt fit, który to skrót tłumaczyć można różnie np. Fenomenal Ignorat Trainer. Już bowiem zwykły ciężki trening kulturystyczny lub porządna dawka pracy w fabryce czy kopalni wykazałyby nieadekwatność jego rozważań.
Niebawem też postaram się napisać cokolwiek więcej na temat alkoholu i kawy w kulturystyce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz też: