Psychologia sportu w kulturystyce cz. 3

Stres a przyrosty masy mięśniowej

Co jeszcze wiemy o psychologii sportu? Wiemy, że stan naszej psychiki bardzo rzutuje na aktywność hormonalną, a także na pracę poszczególnych narządów wewnętrznych. Ujmując rzecz bardzo dosadnie, gdy jesteś z siebie zadowolony będziesz trawił ostatni posiłek lepiej niż wtedy, gdy jesteś w depresji. Lepsze trawienie – więcej masy mięśniowej.
Mimo licznych badań na ten temat i nawet wzmianek w często tu krytykowanych gazetach dla kulturystów, nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo stres ogranicza nam przyrosty masy mięśniowej. Trudno o rozwój, gdy chodzisz cały czas przygnębiony, albo gdy prowadzisz tak modne dziś „zabiegane życie”. Nie chodzi tylko o znalezienie czasu na treningi. Trzeba jeszcze znaleźć czas dla siebie. Możesz w przerwie między zajęciami wyskoczyć na siłownię i nawet obserwować jakieś tam przyrosty. Jednak nie oszukujmy się. Jeśli jesteś na okrągło zaganiany, to w końcu zbuntuje się albo Twoja psychika albo ciało. Najczęściej oba. Dla ogólnego stanu zdrowia konieczny jest wypoczynek i oderwanie się od obowiązków. Stan nieustannego pobudzenia zawsze się mści.
Są też bardziej doraźne formy stresu. Jednorazowe wypadki mogą wydawać się nam pomocne. Pokłóciłeś się z szefem i idziesz na siłownie podminowany. Tam wyładowujesz się na ciężarach. Poniekąd lepsze to niż pobicie kogoś na ulicy, ale na dłuższą metę Twoim treningom się nie przysłuży.
Zwiększasz poziom adrenaliny, ale zmniejszasz wydzielanie testosteronu. Tym samym chwilowy przypływ większych sił przypłacisz ostatecznie nadwyżką kortyzolu i silnym katabolizmem. Nie najlepszy interes. Nie mówiąc już o tym, że sporo ludzi w stresie traci apetyt. Do adrenaliny jeszcze powrócę.
Kłopoty sercowe to kolejny ogranicznik. W sytuacji, gdy coś się sypie w związku lub ukochana osoba jest poza zasięgiem, dla niejednego kończy się przygoda z siłownią lub następuje w niej długa przerwa. To nie miejsce na porady sercowe, trudno jednak zaprzeczać występowaniu tego istotnego czynnika ograniczającego przyrosty masy mięśniowej.
Niełatwo radzić sobie ze stresem. Jedno jest pewne. Brak czasu na wypoczynek, na normalne życie towarzyskie, też odbija się na naszych postępach. Rzecz jasna, życie towarzyskie nie oznacza w żadnym wypadku wypijania morza piwa i innych napojów wyskokowych.

Skoki testosteronu o podłożu psychicznym

Wróćmy do naszego zadowolenia z siebie. Udowodniono, że u przeciętnego mężczyzny stan radości może podwyższyć poziom testosteronu nawet o 20%. Rozumiecie implikacje? Bez strzykawki, bez specjalnych suplementów czy ziółek! Wystarczy się porządnie z czegoś ucieszyć i testosteron skacze w górę. 20% to niemało.
Niestety działa to także w drugą stronę. Negatywne emocje mogą spowodować spadek testosteronu o jakieś 20%. Odnieśmy to od razu do treningów. Sam fakt, że podniosłeś więcej niż ostatnio – co powinno Cię ucieszyć – podbija Twój testosteron. Jeśli siła spadła – testosteron też idzie w dół. To samo dotyczy obserwacji postępów w przyrostach masy mięśniowej. Widzisz, że urosłeś, odczuwasz satysfakcję i testosteron idzie w górę – masa rośnie jeszcze bardziej. Ha! „Tym, którzy mają zostanie dodane…”
Gdy stajesz przed lustrem i widzisz spadki, albo informuje Cię o nich metr krawiecki, Twój nastrój zapewne się pogarsza. No i jednocześnie testosteron idzie w dół. Wiem! Życie nie jest sprawiedliwe.
Tak czy inaczej musimy dbać o swoje samopoczucie. Ktoś kto cały czas przyjmuje postawę ofiary, człowieka przegranego – nigdy nic nie osiągnie w kulturystyce ani żadnym innym sporcie.

Wypadkowa naszych lęków

Mało kto zajmuje się interpretacją swoich stanów wewnętrznych. Przesada w tej dziedzinie nie jest wskazana, ale całkowite zaniedbanie też nie jest dobre. Pisałem jakiś czas temu o lękach przed ciężarem. Nie będę chyba daleki od prawy, jeśli stwierdzę, że wszelkie nasze poczynania na siłowni dość często są wypadkową różnych leków. Najczęściej boimy się, że nie urośniemy a jednocześnie lękamy się być wielcy i silni. Paradoksalne połączenie. Na tyle dziwne, że większość od razu mu zaprzeczy.
Układamy nasze plany treningowe pod wpływem tych znoszących się wzajemnie lęków. Właściwie to nie układamy. Boimy się układać i dlatego wybieramy gotowe plany tzw. mistrzów. Gdy na takim planie nie ma przyrostów nikt z nas nie pomyśli, że plan jest zły lub po prostu nie dla nas. O nie! To ze mną jest coś nie tak. Brak wiary we własne możliwości i własne siły. Także we własny zdrowy rozsądek. To występuje najczęściej. Robimy sporo rzeczy wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo przecież wielki X tak powiedział. Nie zwracamy uwagi na to, że wielkiemu X sporo zapłacono za taką a nie inną wypowiedź. Czas to stwierdzić otwarcie. Niejeden skoksowany zawodowiec wie mniej o treningu kulturystycznym niż krytycznie myślący amator w pocie czoła podnoszący swoją sztangę i konsumujący następną porcję mięska z warzywami.
Tak bardzo się boimy, że nie stać nas na porzucenie planów treningowych, które nic nie dają. Choć wiemy, że większość rad z prasy kulturystycznej nie jest nic warta, lękamy się odstąpić od nich na krok. Boimy się zmieniać zakresy powtórzeń, wprowadzać nowe ćwiczenia, bo czekamy na cud. Nic się nie dzieje tygodniami, miesiącami, ale my nadal liczymy, że nagle coś się zmieni i zaczną się wielkie przyrosty masy mięśniowej. Wiem, bo sam tak długo postępowałem. O wiele za długo.
Czas zrozumieć, że albo masa i siła zaczną rosnąć od dziś albo wcale. Każdy plan musi dawać stały progres. Jeśli nie daje, to go zmień. Od razu!
No tak, ale rosnąć też się boimy. Ten lęk jest bardziej ukryty i dlatego bardziej podstępny. Pozornie każdy kto wyrusza na siłownię jest nastawiony na uzyskanie przyrostów. Pomijam tu dziwaczne krzyki nastolatek spacyfikowanych przez telewizję: „Ja nie chcę mieć mięśni”. To już nie psychologia, tu potrzebny jest psychiatra.
Jednak w każdym z nas tkwi zalążek strachu przed byciem dużym i silnym. Wiemy, że wielu ryzykuje zdrowie, by mimo wszystko takimi się stać. Sterydy. Czy na pewno chodzi tylko o czas? O drogę na skróty? Może chodzi też o lęk przed ciężką pracą, przed mozolnym zdobywaniem wiedzy. Jasne, że na koksie też trzeba ciężko harować. Temu nie zaprzeczam. Jednak w łatwy sposób oddala się od siebie wszystkie lęki. Przeskakuje nie tylko całe etapy nabywania wiedzy i doświadczenia, ale też psychicznego zmagania z sobą. Tu znowu napotykamy na staromodne stwierdzenie, że treningi kształtują charakter. Tak! Bo musisz zmierzyć się nie tylko z ciężarem, ale i z samym sobą. Z tym, że się nie chce. Z tym, że inni będą uważali Cię za dziwaka.
Wszystko to może wydać się zagmatwane. Możecie uznać, że za bardzo teoretyzuję i gmatwam sprawy. Może i tak. Rzecz w tym, że z czasem musimy nauczyć się wymagać na treningach od samych siebie coraz więcej. Tego nikt za nas nie zrobi i jeśli nawet my sami – nasza psyche – będzie występowała przeciw nam, to nic z tego nie wyjdzie.
Dam Wam prosty przykład. Partner treningowy. Fajna sprawa. Czasem wręcz zaleca się asystę. Po wielu doświadczeniach pożegnałem się ostatecznie z ideą partnera treningowego. Dlaczego? Bo jestem wredny i nietowarzyski? Możliwe. Jednak z mojego punktu widzenia chodzi o coś innego. Muszę mieć absolutną pewność, że mój trening odbędzie się dokładnie według planu. Większość ludzi nie jest na tyle słowna i zdyscyplinowana, by było to możliwe. Mam się denerwować, bo parter się spóźnia lub wcale nie przychodzi? Dziś mu się nie chce, a jutro ma imprezę…
W przeciągu długich lat nie znalazłem nikogo, kto potrafiłby dłużej ze mną regularnie trenować. Świat jest pełen sezonowców. Wystarczy mi, że muszę się zmagać ze sobą. Więcej mi niepotrzebne. Skoro ktoś nie potrafi dotrzymać słowa, że przyjdzie na trening to jak mam mu zaufać, że nie puści mi sztangi na głowę? Wiecie co? Dobry rack jest o wiele pewniejszy i bardziej „słowny”!

3 odpowiedzi do artykułu “Psychologia sportu w kulturystyce cz. 3

  1. Mateusz

    Mam podobne odczucia co do partnera treningowego. Miałem w ciągu swojej kariery kilka osób, które ze mną dźwigały, ale były to bardzo krótkie epizody. Szczerze to przyzwyczaiłem się do samotnych treningów i nawet powiem, że nie wyobrażam sobie dźwigania z partnerem. Mogę się skoncentrować tylko na treningu, zaoszczędzam dużo czasu i wiem, że porządnie spożytkuje spędzony czas z żelastwem.

    Z tym stresem i lękami – zgadzam się i mam spore doświadczenia z tym związane. Bardzo szybko męczy się układ nerwowy, stopowane są przyrosty siły, potem dochodzi do przetrenowania i z masy mięśniowej równie nic nie ma. Trzeba naprawdę kontrolować i wsłuchiwać się w to co mówi Nam własny organizm. To przychodzi z wiekiem i doświadczeniem, niegdyś nie potrafiłem i bardzo często byłem przetrenowany, co kończyło się totalnym brakiem efektów, rozwaleniem układu nerwowego do stopnia zaawansowanej depresji itd. Mam nadzieję że to już historia za sprawą takich bogatych w wiedzę stron internetowych prowadzonych przez kompetentnych ludzi. Trzymaj tak dalej Stefan, kawał solidnej roboty odwalasz.

  2. Mateusz

    Zastanawiam się – W wypadku gdy ktoś cierpi na chorobę psychiczną – depresję, liczne fobie, zaburzenia osobowości itd. powinien sobie na czas całkowitego wyleczenia odpuścić ciężkie treningi siłowe? O efektach można zapomnieć logicznie rozumując?

    Ponoć przeprowadzane były badania ze skutecznym wpływem treningu siłowego na osoby w depresji. Efekty to w jakimś stopniu zmniejszenie dolegliwości, wzrost serotoniny.

    Bardzo ciekawi mnie ten temat – mam znajomego, który właśnie swego czasu trenował ze mną, cierpi od kilku lat na depresję. Ciężko mu było wytrzymać więcej niż kilka treningów, non stop zmieniał plany. Wiele masy nie zbudował, siły też nie poprawił znacząco ale to wynika raz z tego, że nie skończył żadnego planu w całości, co więcej – tydzień, max. dwa i finisz. Niestety psychika jest strasznie ważnym elementem Naszego życia

    1. stefan

      Temat jest bardzo trudny i chyba nie ma prostej odpowiedzi. Depresja depresji nierówna. Znałem osobę w tak poważnym stanie, że ledwo potrafiła ustać na nogach mimo, iż fizycznie wszystko było ok. Zaburzenia mowy, jedzenie prawie na zero itd. Z drugiej strony wielu ludzi najmniejsze wahanie psychiczne od razu zalicza do depresji i tłumaczy się w ten sposób z olewania swoich obowiązków.
      Sam dawno temu miewałem stany podbramkowe, gdy wstanie z łóżka bywało wielkim wyzwaniem i trzeba było zacisnąć zęby. Zwykle mobilizacja do tego, że po prostu trzeba było iść do pracy, rozmawiać z ludźmi itd., pomagała.
      Inna sprawa, że czasami stres kumuluje się przez lata i można mobilizować psychikę, a organizm nagle wytnie numer i wysiądzie bezpośrednio jakiś mięsień. Zwykle dzieje się tak w połączeniu z niektórymi lekami.
      Zaburzenia osobowości to temat rzeka. Trzeba zawsze patrzeć na sprawę indywidualnie. Jednym trening pomoże się pozbierać, a innych dobije. Na pewno przy bardzo poważnych problemach nie ma sensu trenować. W łagodniejszych wypadkach można, choć zwykle trzeba podchodzić ostrożnie do intensywności, częstotliwości czy objętości.
      Faktycznie trening wzmacnia psychikę. Tylko pytanie o odpowiednie „dawkowanie” dla danej osoby. Tu ciągle jeszcze błądzimy we mgle.
      Przypadek, który opisujesz to też nie tylko sytuacja osoby z takimi problemami. Większość ludzi na siłowniach ćwiczy w ten sposób. Od przypływu do odpływu. Na forach ciągle baje się o motywacji, stymuluje muzyką czy specjalnymi środkami, tak jakby nie można było po prostu do siebie wymagać zwykłej regularności na treningach. Gorsze dni miewa każdy, ale to nic nie zmienia. Osoba, która ćwiczy tylko pod wpływem emocjonalnej euforii nigdy do niczego nie dojdzie.
      Jasne, że stres obcina wyniki. Tyle, że każdy z nas coś tam od czasu do czasu przeżywa. To jeszcze nie powód, by wszystko zarzucać. Najlepiej wiedzą o tym te osoby, które poprzez trening walczą o swoje zdrowie i nie dały się wepchnąć w „syndrom wiecznego pacjenta”. Jest wiele przypadków ludzi, którzy wyszli z ciężkich chorób dzięki treningowi. Nierzadko taka choroba jest połączona z depresją i trzeba wtedy walczyć nie tylko z ograniczeniami fizycznymi. W dodatku wszyscy wokół mówią, być przypadkiem się nie przemęczał. Jak nic nie robisz źle, bo o siebie nie dbasz, jak robisz też źle. Mają dużo dobrych rad, bo to najtańszy towar i zamiast motywować robią wszystko, by człowieka zniechęcić.
      Są i inni, którzy dali się przekonać, że nie powinni niczego od siebie wymagać.
      Granica pomiędzy wymaganiem od siebie, a wyrozumiałością wobec własnych niedostatków jest trudna do uchwycenia. To już nawet nie kulturystyka, to sztuka życia 🙂