Zwolnij zanim się zabijesz!

Dwa artykuły o niebezpiecznych tendencjach

Po lekturze wielu artykułów pisanych przez znanych i mniej znanych trenerów czy adeptów sportów siłowych oraz pod wpływem dyskusji toczących się w naszych dziennikach, uznałem, że trzeba się wypowiedzieć szerzej na temat pewnych nieepicznych tendencji panujących obecnie w tym sporcie. Na razie mam w głowie pomysły na dwa artykuły, być może z czasem dojdzie coś jeszcze. Oto pierwszy z nich.

Droga nad przepaścią

Intensywność jest słowem niemal magicznym. Czego byśmy nie czytali, wszędzie znajdziemy porady na temat tego, jak zwiększyć intensywność. Dostaniemy lepszy czy gorszy przepis na to, jak pchnąć swój organizm na granice jego możliwości. Wiele osób po przeczytaniu planu, jaki dla nich ułożyłem stwierdza, że jest za lekko. Wszak do wyobraźni przemawia bardziej, gdy trening jest „morderczy”, „brutalny” itd.
Punktem honoru jest z siłowni się wyczołgać tudzież zostać wyniesionym na noszach. Niekiedy wręcz przez ekipę pogotowia. Wszystko to przypomina mi stare powiedzenie Wiesława Gomółki na zjeździe PZPR: „Staliśmy na przepaścią, ale teraz zrobiliśmy wielki krok naprzód!”

Intensywność a suplementy

Przez lata postępowałem zgodnie z taką ideologią. Przez lata też nie odnotowywałem niemal żadnych postępów. Nagle, gdy zmniejszyłem intensywność zacząłem zauważać postępy! Bynajmniej nie jest to tylko moje doświadczenie. Wielu ludzi jest zdziwionych, że odejmując kilka kilo z gryfu może uzyskać większą siłę, czy masę mięśniową.
O co więc naprawdę chodzi? Będę szczery – o marketing! Po pierwsze panowie żyłujący intensywność do granic możliwości chcą wypromować swoje nazwiska. To się dobrze czyta, to przemawia do wyobraźni itd. Jak się już wypromuje swoje nazwisko można zacząć promować suplementy. Biznes się kręci.
Chciałbym być dobrze zrozumianym. Już kilka razy padały zarzuty odnośnie linków do suplementów z tej strony. Nie ukrywamy, że mamy sponsora. Sam polecam nieraz pewne suplementy (więcej o tym w obiecanym drugim artykule), jednak nigdy nie robię czegoś takiego jak pan T., który poniekąd jest bardzo dobrym trenerem, ale co można myśleć, gdy w swoim artykule napisał, że bez produktu XY nie ma sensu trenować i jego plan nie zadziała?
Jasne jest, że przy intensywnym treningu przyda się więcej aminokwasów czy białka, czasem też innych substancji. Jednak nie liczyłbym na to, że to wszystko załatwi. Organizm ma swoje możliwości, które możemy czasowo przekroczyć, również dzięki suplementacji, ale powtarzam „czasowo”!

Kumulacja zmęczenia

Dość często zapomina się o czymś takim, jak kumulacja zmęczenia. Pisałem już wielokrotnie, że tabelki podające ile to poszczególne mięśnie się regenerują są zwykłą bzdurą. Organizm nadbudowuje tkankę mięśniową, gdy jest zagrożony. Niekoniecznie oznacza to, że mięśnie będą całkowicie zregenerowane. Stwierdzę nawet więcej, zazwyczaj nigdy nie są całkowicie zregenerowane. Przyrostów nie osiąga się tak, jak to się zdawało panom od HITu.
Nawet można przez to popaść w swoistą obsesję. Jestem już zregenerowany czy nie jestem? Mogą już ćwiczyć, czy jeszcze dziś nie? Coś tam zawsze trochę może pobolewać! Niekiedy bardzo długo.
Wróćmy do kumulacji. Trening, który jest lekki na początku z czasem czy to poprzez zwiększanie obciążenia, czy też objętości, lekki przestaje być. Jednocześnie, nawet jeśli tego nie czujemy, zmęczenie zaczyna się kumulować. Dlatego też chcąc mieć stałe postępy powinniśmy zacząć od w miarę niskiego pułapu i zostawić organizmowi pewien zapas.
Ma to również niebagatelny wpływ na psychikę. Lepiej się człowiek czuje, gdy wie, że wszystko zrobił i mógł więcej niż jak wytacza się wyjałowiony do granic możliwości z siłowni. Może nawet początkowo będzie to mobilizujące, ale szybko przestanie. Warto pamiętać, że wiele badań udowodniło, iż lepsze samopoczucie to więcej testosteronu.
Cóż więc zrobimy ze stwierdzeniem Dantego, że „jak nie zrobię tych 20 przysiadów to czuje się jak c…”? Nie wiem, jak Wy, ale ja nie mam ochoty przejmować się kompleksami starego koksiarza. Nawet, jeśli stwierdzi, że tacy jak ja to… Kij mu w plecy, igła w żyłę!

Intensywność, ale z rozsądkiem

Wszystko to nie oznacza, że mamy się obijać na treningu. Są pewne okresy, w których możemy trenować bardzo ciężko i intensywnie, ale nikt rozsądny nie będzie robił w ten sposób cały rok. Potrzebny jest też czas, w którym zwalniamy.
Intensywność powinna być przystosowana do realnych możliwości organizmu. Nie może być tak, że po treningach już wcale nie będziemy nadawali się do życia. Trenujesz powiedzmy godzinę dziennie, a co z resztą dnia? Jest rzeczą oczywistą, że układ nerwowy zacznie się bronić poprzez wysyłanie impulsów hamujących, co oznacza nagły spadek siły. Niekiedy może to nastąpić nawet z dnia na dzień, czy z treningu na trening! Tydzień temu pobiłeś własny rekord. Świetna metoda. Tylko, że po tygodniu masz problem podnieść 50% tego rekordu!
Nieustanne pchanie organizmu na granice możliwości może doprowadzić do takiego stanu, że potrzebny będzie nawet miesiąc odpoczynku, choć na początku wydawało się, że wszystko idzie tak dobrze i pięknie! Potem czynności codzienne stają się problemem!
Starzy mistrzowie nigdy nie robili serii upadkowych. Zawsze mieli po treningach zapas siły i choć byli dużo lżejsi niż współczesna „elita”, byli też znacznie silniejsi. Ciekawe jest to, że teorie o seriach do upadku, cały ten Nautilus Arthura Jonesa, czy HIT Mike’a Menztzera, pojawiły się wtedy, gdy w obiegu znalazł się dianabol!

27 odpowiedzi do artykułu “Zwolnij zanim się zabijesz!

  1. zbiggy

    może mam za mały staż żeby z przekonaniem bronić HIT, ale z tego co wiem, to tam jest mowa o *jednej serii* każdego ćwiczenia, i odpoczynku na tyle długiego żeby się zregenerować (może wyjdzie 2x/tydz. dla młodych, a dla starszych np. raz na 7-10 dni).
    A ćwiczenia są jak np. „wielka piątka” – dół, wyciskanie w pionie, w poziomie, przyciąganie w pionie i w poziomie.
    Maszyny są preferowane ze względu na bezpieczeństwo, ale mogą być sztangi jak ktoś ma dobrą technikę.
    Moim zdaniem to może być niezła propozycja dla kogoś kto traktuje sport tylko jako sposób na poprawę zdrowia, i nie bardzo go interesuje cała ta „gym culture”, spędzanie dużo czasu itd.

    1. stefan

      To nie tylko mały staż, ale i nie te lektury co trzeba 🙂
      Uwierz mi, bronisz sprawy przegranej.
      Spróbujmy inaczej. Odpowiedz mi na trzy pytania.
      Pierwsze – Jak się ma przysiad do wypychania nogami na suwnicy? Czym się różnią te dwa ćwiczenia, kiedy stosować jedno, a kiedy drugie?
      Drugie – czym się różni wyciskanie sztangi leżąc, od takiego samego ruchu wykonywanego na maszynie?
      Trzecie – na czym polega rola mięśni dwugłowych ramienia przy wyciskaniu?

  2. Marek

    Czy pomylę się, jeśli powiem, że kluczem do tych trzech pytań jest słowo „stabilizacja”? Maszyny są fajne do izolacji, tylko po co komu izolacje? 🙂
    Żeby nie było, nie wątpię w sens izolacji przy pracy nad detalami sylwetki, czy wyrównywaniem różnych rzeczy. Po prostu izolacje nijak się mają do życia i tego jak siłę zdobytą na siłowni można wykorzystywać podczas różnych czynności. A przysiady i martwe ciągi bardzo pomagają.
    Ale tu dyskusja idzie znowu w innym kierunku niż artykuł.
    Ja sam mam teraz wybitnie nieintensywny trening, więc dla mnie to spora zachęta. Z tą kumulacją zmęczenia też się sprawdza. Dzisiaj robiłem przysiady z 55kg i jeszcze godzinę potem czułem trochę nogi, czego normalnie bym nie miał po takim umiarkowanym ciężarze. W ogóle takie treningi o niskiej intensywności wbrew pozorom wydają mi się bardzo interesujące.

    1. stefan

      Bynajmniej dyskusja nie idzie w innym kierunku.
      Kluczem jest tu bardziej rekrutacja jednostek motorycznych i angaż układu nerwowego.
      Na suwnicy nie wymusisz rekrutacji tylu mięśni ani tylu jednostek motorycznych ile w przysiadach. To nawet nie będzie 50%. Bardzo ostrożnie mógłbym postawić na to, że 30%. Więc zawsze podstawą będą ćwiczenia złote. Większy angaż, większa masa i siła. Czy w takim razie maszyny są złe? Niekoniecznie.
      Na pewnym etapie można np. po przysiadach dołożyć suwnicę, albo najpierw ćwiczyć na suwnicy, by potem robić przysiady z mniejszym ciężarem.
      Jeszcze inaczej. Ludziom zdrowym takie ćwiczenia najlepiej służą, ale w pewnych przypadkach uszkodzenia układu nerwowego zbytnie zaangażowanie jednostek motorycznych nie będzie wskazane, więc wówczas lepiej zamienić przysiady na suwnicę. Po prostu nawet jeśli mięśnie wytrzymają, przysiad będzie na dłuższą metę zbyt ciężki dla układu nerwowego.
      Teraz dalej – wyciskając sztangę dodajesz funkcję stabilizacji, co między innymi np. bardziej pobudza mięśnie piersiowe. Każdy kto myśli, że ćwicząc na maszynach ćwiczy bezpieczniej jest w najgorszym błędzie. Wiele maszyn wymusza ruchy nieanatomiczne, dodatkowo rozleniwiasz układ nerwowy i wreszcie nie uczysz mięśni współpracy. Potem jest tak, że gość podnosi na siłowni na maszynie 200kg, a w życiu dźwignie 20kg i kontuzja gotowa.
      Wreszcie masz pracę mięśni antagonistów. Gdy przykładowo triceps prostuje ramię, jednocześnie biceps hamuje ten ruch by chronić staw. Siła antagonisty zawsze limituje siłę agonisty. To samo będzie w poszczególnych mięśniach. Każdy impuls pobudzający ma odpowiednik w impulsie hamującym. Jeśli masz maksymalne pobudzenie to i maksymalne hamowanie. Zrób taki trening kilka razy pod rząd i w ramach ochrony układu zaczną przeważać impulsy hamujące.
      Tu nie chodzi o to, by nagle promować treningi o niskiej intensywności. Chodzi o właściwy dobór intensywności.
      Mogłem poczekać aż Zbiggy coś napisze, ale trudno niech stracę 🙂
      Marek Twój trening to jest specyficzny ewenement. Właśnie tej kumulacji musisz pilnować, jak to się zacznie odbijać na codziennym funkcjonowaniu to trzeba będzie przerwać. Trochę tak, jak goście sfd podeszli do metody Sandowa – phi nie ma się po czym regenerować. Tylko, że robili to przez tydzień, a nie dłużej. Pozdrawiam.

  3. zbiggy

    na Twoje pytania padły odpowiedzi (nie wszystkie znałem BTW) 🙂
    ale ja nie będę bronić maszyn, chociaż na pewno są wśród nich lepsze i gorsze.

    wolne ciężary?
    jak wygląda HIT i sztanga – np. robisz raz na tydzień po jednej serii np. 10 powt.:
    1. przysiady
    2. dipsy
    3. podciąganie
    4. military
    5. wiosłowanie
    i idziesz do domu.

    to za dużo? pewnie powiesz że to za mało 🙂
    też mi się tak wydaje.
    tylko że stronki HIT są kierowane do zwykłych ludzi którzy sport traktują jako sposób na utrzymanie zdrowia a nie myślą o maksymalnej hipertrofii. mało jest chyba zawodowców którzy tak robią?

    mając do wyboru – codziennie bieganie po pół godziny czy taki w/w workout raz, dwa na tydzień – co wybrać?
    (tak właśnie jest przedstawiana alternatywa – wszystko co dobrego możesz dostać od sportu, możesz dostać dzięki krótkiej sesji siłowej a nie długich aerobów)

    albo mam inny sport – np. kosz, czy inne łucznictwo i tylko chcę dodać sobie jedną sesję siłową w tygodniu – może być wtedy coś takiego?

    oczywiście jak ktoś chce być powerlifterem (trójboistą o ile się nie mylę wg Twojej nomenklatury) to częściej musi ćwiczyć te 3 ruchy a nie urządzać sobie hity z satelity.

    BTW proszę Cię o radę – będę wyjeżdżał na ferie i prawdopodobnie nie będę na siłce przez 1.5 – 2 tygodnie. co zrobić – jakiś specjalny super wysiłek przed czy wszystko normalnie?

    1. stefan

      Zbiggy wybacz, że będę niegrzeczny, ale wypisujesz kompletne bzdury. Nie wiesz o czym piszesz. Dla Ciebie HIT to jest lekki trening? Strony o HITcie są kierowane do normalnych ludzi? Nie rozumiesz, że to jest skierowane do najbardziej bezmózgich koksiarzy?
      Próbowałem Cię naprowadzić wcześniej, ale to nie ma sensu. Nabiłeś sobie głowę głupotami.
      Zrozum, że seria i to pierwsza seria do upadku to jest dziki i chamski gwałt na układzie nerwowym! nie chodzi o to, że to za mało! Zwykła koksiarska sofistyka. Chcesz dyskutować o treningu zacznij czytać porządne pozycje, a nie głupoty w necie. Wypróbuj różne rzeczy przynajmniej przez kilka lat, poobserwuj jak różni ludzi reagują na treningi itd.
      Takie coś jak HIT można robić przez 2 tygodnie raz na kilka miesięcy i nie po roku ćwiczeń. nawet Thibaudeau przygotowujący zawodników na poziomie olimpijskim zaleca większą intensywność raz na miesiąc, a i to nie cały rok i bynajmniej nie aż tak niebezpiecznie jak w HIT.
      Nie wiem czy ma sens dalej tłumaczyć, póki co mam wrażenie, że kompletnie nie łapiesz sedna problemu.
      Kolejna sprawa – jeśli ćwiczysz regularnie i sensownie przez cały rok, to 2 tygodnie przerwy każdemu dobrze zrobią. Nie rozumiem dlaczego należy z tego powodu specjalnie wydziwiać.
      Sorry za ton wypowiedzi, ale jak ktoś mi tu powtarza koksiarski bełkot i olewa to co sam wcześniej napisałem to trudno zachować spokój. Pozdrawiam.

  4. zbiggy

    hmm przepraszam że wzbudziłem poruszenie, chociaż trochę się cieszę że ja jakoś spokojnie przez to przeszedłem.

    To moja wina, chyba myślimy o tych samych przedstawicielach, ja miałem na myśli trening amatorski, bez sterydów ani hormonów, o dużej intensywności, małym wolumenie i małej częstotliwości.

    zgadzam się w pełni z główną tezą Twojego artykułu, że duża intensywność w zestawieniu z częstotliwością i wolumenem to droga do katastrofy.

    no ale już nie będę w to brnął, jeszcze raz przepraszam.

    1. stefan

      Nie musisz mnie przepraszać. Masz prawo do własnego zdania, tyle, że ja sam przez te bzdury tyle czasu straciłem, że mnie wkurza jak ludzie chcą sobie w ten sposób robić krzywdę. Jesteś mniej więcej mój rocznik, więc weź pod uwagę, że w tym wieku o wiele łatwiej zniszczyć sobie zdrowie niż jak się ma lat dwadzieścia. Co byś nie robił organizm się już trochę gorzej regeneruje. Można czuć się młodo itd., ale tego nie przeskoczymy. Więc nie wiem czy warto.
      Nie tylko wysoka intensywność w połączeniu z wysoką częstotliwością itp. Sama wysoka intensywność, a dokładniej jedna seria do upadku to nie jest trening dla normalnego człowieka. To jest tak potężny szok dla układu nerwowego, że po kilku treningach zaczniesz tracić siły. Ładnie wygląda na papierze, ale tylko na papierze. Może trudno to zrozumieć, nie wiem, może czasem trzeba odczuć na własnej skórze. Zakładam jednak, że skoro chciałeś tutaj założyć dziennik to dlatego, iż uważasz, że mam trochę więcej wiedzy i doświadczenia gdy chodzi o treningi. Zaś moim obowiązkiem jest Cię ostrzec przed robieniem sobie krzywdy. Co ostatecznie zrobisz, to już Twój wybór.
      Brak czasu nie jest problemem. Spokojnie można robić plan dwa razy na tydzień po pół godziny i rosnąć. Prosty i łatwy, a przy okazji bezpieczny. I nie będzie to żaden HIT.
      Analizowałem to wszystko przez lata. od strony hormonalne, neurologicznej, psychologicznej i wreszcie praktycznej. Dlatego twierdzę uparcie, że HIT jest najgorszym rozwiązaniem jakie można wybrać. Nie znam nikogo, kto bez sterydów maiłby jakieś konkretne postępy na HITcie. Jak myślisz dlaczego Mentzer w pewnym momencie uznał, że bez sterydów nie da się ćwiczyć? Dość tajemniczo też wygląda kwestia jego śmierci wraz z bratem. Już to samo powinno być ostrzeżeniem.
      Jeszcze jeden niuans, w odmianie HITu Mentzera zakłada się wolną fazę negatywną i wolną fazę pozytywną. I tu po raz kolejny – nie spotkałem się z przypadkiem zbudowania wielkiej siły na wolnej fazie pozytywnej. Dochodzi do takiej przewagi tzw. masy plastycznej nad funkcjonalną, że jest to niemal parodia. Pozdrawiam.

  5. Grzegorz

    Nawet nauczyciel WF w szkole czasem funduje uczniom HIT. Opowiem o sytuacji, która zdarzyła się niedawno w szkole. Po byle jakiej rozgrzewce nauczyciel uznał, że wypadało by dorzucić jedną ocenę do dziennika i zrobił sprawdzian – „brzuszki na ocenę” na ławce ze skosem ujemnym. Oczywiście to wszystko na ilość powtórzeń bez limitu czasu, więc prawie każdy uczeń kończył upadkiem mięśniowym w walce o ocenę. Żadnego przygotowania, jedna hardkorowa seria, ocena – tak wygląda WF 🙂

  6. Tomek221

    Troche nie rozumiem twojego toku myslenia Zbiggy. Piszesz że chcesz trenować tylko dla zrowia i nie wchodzić w to całe gym culture jak to nazwałeś a do realizacji tak prostego celu wybrałeś jednak bardzo specjalistyczny program. To tak jakbyś chciał się nauczyć grać w szachy zaczynając od szachów błyskawicznych. Zero czasu na myślenie i refleksje. Wrzuć ”normalny” trening, naucz się techniki, ćwiczen które wykorzystasz aby uniknąć kontuzji. 1 seria do upadku nie ma żadnego realnego odzwierciedlenia w życiu codziennym. Zamykasz sobie drogę do wszelkich modyfikacji, masz tylko jeden parametr – ciężar.

  7. Ruteq

    Ja miałem podobną sytuację jak ty Grzegorz tylko zamiast brzuszków były to nożyce i jak najdłużej ze stoperem. Też na ocenę. Kucanie do upadku mięśniowego tez się na WF-ach zdarza.

  8. Reda!

    A`propos wf: Dlaczego AWFy wypuszczaja takich absolwentów? Przeciez literatura (Bober, inne o wadach postawy o treningach sportowych) są pisane przez wykładowców i widnieją (chyba?) na listach lektur obowiązkowych owych awfów?

    1. stefan

      Reda, no właśnie to pozostaje dla mnie tajemnicą. Choć trzeba pamiętać, że wykładowców tam jest wielu i gdy niektórych cytują ich wychowankowie to się włos jeży. Tymczasem książki Zatsiorsky’ego zalegają biblioteki AWFów i nikt ich nie czyta, a wypożyczyć można tylko, jeśli jest się studentem.

  9. zbiggy

    @Tomek – tylko sprostuję, nie chcę się wikłać w przekomarzanki.

    Nigdzie nie napisałem że chcę stosować HIT, jako przykład gości „no gym culture” miałem na myśli tych którzy chcą najefektywniej wykorzystać czas dla sportu, np. jakiś sędzia 50 lat czy lekarz po 60-tce.
    Alternatywa brzmi: 1) nic, 2) jogging 3) co 7 lub co 10 dni, max ile się da: pompki, przysiady, podciągnięcia.
    Co będzie najzdrowsze – moim zdaniem opcja 3) , Wy uważacie że 1) lub 2) i spoko – pozostańmy przy tym i nie drążmy tego.

  10. Reda!

    Zbiggy, ja nie chcę drążyc, ale myslę, ze ‚powinienes’ zastanowić sie nad tym jak rozumiesz ‚zdrowie’. Zajechanie sie raz na tydzien lub 10 dni, to, wg mnie, nie jest zdrowie, ale po prostu… zajeżdżanie się co 7 lub 10 dni. Nie sądzę, aby to była skuteczna metoda treningowa na cokolwiek dla kogokolwiek 😀

  11. Marek

    Zbiggy, co w argumentacji Stefana Cię nie przekonuje? Mam wrażenie, że Tobie się wydaje, że nie ma innej alternatywy niż HIT, jeśli ktoś ma czas na trening tylko raz w tygodniu. Tymczasem są pewne rozwiązanie i to dużo skuteczniejsze. Przykładowo mój obecny trening zabiera mi jakieś 15 minut dziennie i to tylko dlatego, że (trochę z nudów) się bardzo porządnie rozgrzewam, a potem rozciągam. Sam trening trwa około minuty. Może nie jest to najlepszy przykład, bo jak już pisałem mój trening jest bardzo specyficzny i w dodatku jest poniekąd wywołany kontuzją, ale pokazuje, że można ćwiczyć krótko i skutecznie.
    Mi się wydaje, że robienie raz w tygodniu przysiadów, pompek i podciągnięć do upadłego to nie jest kwestia braku czasu tylko wybieranie rozwiązania po najmniejszej linii oporu, bo jeżeli ktoś ma czas na taki trening, to znajdzie go też na kilka serii przysiadów. Zresztą nikt mi nie wmówi, że ktoś może nie mieć czasu, żeby wygospodarować sobie nawet codziennie 20 minut na trening. Ktoś kto nie jest w stanie znaleźć 20 minut dziennie dla siebie nie powinien w ogóle ćwiczyć tylko iść do lekarza. I nie piszę tego, żeby kogoś obrażać. Przy tak skrajnym zabieganiu organizm prędzej czy później musi się poddać, a obciążanie go dodatkowo ciężkim treningiem tylko to przyspieszy. Jasne, że są pewne sytuacje gdzie człowiek musi przez jakiś czas harować, np. żeby utrzymać rodzinę czy studenci łączący dwa kierunki i próbujący równocześnie pracować. Ale moim zdaniem to są sytuacje, których należy za wszelką cenę unikać. A na pewno nie należy tego łączyć z ciężkim treningiem. Lepiej się zrelaksować i iść na spacer albo się wyspać.
    Pozdrawiam

    1. stefan

      Prosta opcja, trening dwa razy w tygodniu po pół godziny. Tyle czasu to już każdy wygospodaruje. Podzielić 4-6 podstawowych ćwiczeń na te dwa dni i robić w 3 seriach każde, ale bez upadków mięśniowych. I spokojnie można rosnąć 🙂 Jak ktoś nawet tyle czasu nie może znaleźć to już jest tylko okłamywanie samego siebie. Pozdrawiam.

  12. zbiggy

    @Marek
    już mi się nie chce dowodzić po raz kolejny że nie jestem wielbłądem 🙂
    wyjaśnijmy:
    1. jestem zwolennikiem i praktykuję (na swój początkujący sposób) protokoły wieloseryjne bez upadku
    2. pomimo to uznaję, że w pewnych warunkach jednoseryjne protokoły HIT mogą mieć swoje miejsce.

    a najchętniej to bym widział wszystkie moje posty z tego wątku skasowane – Stefan, czy mogę o to poprosić? TIA

    1. stefan

      Czemu chcesz je kasować? Nikogo nie obrażasz poza zdrowym rozsądkiem 🙂 Sama dyskusja ma pewną wartość merytoryczną dla postronnych, więc bym zostawił. Co innego, że niektórzy ludzie nie są w stanie zrozumieć zagrożeń związanych z HITem dopóki nie wypróbują tego na sobie. Więc ja Cię już przekonywać nie będę. Pozdrawiam.

  13. zbiggy

    Nikogo nie obrażasz poza zdrowym rozsądkiem
    widzę że jesteś w żartobliwym nastroju, zatem odpowiem równie humorystycznie:
    uprzejmy jesteś 🙂

    1. stefan

      Wiem, że wyszło złośliwie 🙂 Tylko jak mam komentować to, że upierasz się przy absurdzie próbując wbrew faktom przekonywać, że trening pisany pod najbardziej szalonych koksiarzy jest łatwy i przyjemny? Jeszcze porównując to z aerobami? Nie chce mi się już dyskutować na ten temat, ale ja to naprawdę przerabiałem. Nawet wielu ludzi z czołówki, a i tacy co się ostro koksują, na HITcie poległa.

  14. Grzegorz

    Na HIT człowiek może zrujnować się psychicznie i zniechęcić się do treningu. Każdy przychodząc na trening oczekuje progresu, czy będzie to kilogram więcej na sztandze, czy powtórzenie więcej. Mając przed sobą tylko jedną serię na długi okres czasu człowiek nie jest w komfortowej sytuacji psychicznej. Ciąży na nim presja, że w tej jednej serii coś nie wyjdzie i trening zawalony. Do tego dochodzi stres związany z ciężarami maksymalnymi.
    Tak więc na pewno rampa stawia trenującego w lepszej sytuacji i daje mu większy komfort psychiczny.

    1. stefan

      Dokładnie tak. To jeden z czynników. Potem z tygodnia na tydzień napięcie psychiczne wzrasta. Dochodzą też inne z tym związane. Np. odpowiedź hormonalna na nadmiar stresu.

  15. Kemper

    Popieram to co w artykule, sporo czasu zmarnowałem zanim zrozumiałem że HIT i podobne są nie dla mnie, prosta zasada, albo trenujesz, albo się sprawdzasz.
    Gdzies czytałem że tylko 5-10% populacji dobrze reaguje na taki trening, wydaje mi się że byłaby to raczej mniejsza liczba.
    Jednak nie ma co popadać w paranoje, granice możliwości są dalej niż większość sobie wyobraża, ważne żeby małymi kroczkami adaptować się do większego wysilku, układ nerwowy nie wybaczy zbyt wiele, ale w „bezpiecznej strefie” można wykonać kawał roboty i ciągnać postępy, ja w ciągu ostatnich 24h przysiadłem łącznie koło 20t w dwóch treningach, zobaczymy gdzie jest moja granica 😀

    1. stefan

      Też myślę, że ten procent jest zawyżony 🙂
      Właśnie kluczem są te małe kroki 🙂 Cierpliwość i człowiek dźwiga z czasem więcej niż gdyby ciągle atakował maksy.
      „Są granice, których przekroczyć nie może nikt” 🙂 Pozdrawiam