Krew, pot i łzy

Tendencja sado-maso?

Zwrot, który posłużył za tytuł tego artykułu jest dobrze znany bywalcom siłowni i amatorom publikacji o treningu siłowym. Czasem podaje się go po polsku, a jeszcze częściej w wersji angielskojęzycznej. To właśnie krew, pot i łzy wylane na siłowni mają odróżniać prawdziwych twardzieli od chłopaczków. Fakt, iż termin ten stoi nieco w sprzeczności ze stereotypem mówiącym, iż prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze jakoś nikogo nie zastanawia. No dobrze. Nie bądźmy aż tak małostkowi.
Znane jest też inne powiedzenie: „No pain, no gain”, którego w zasadzie tłumaczyć nie trzeba, choć można pozwolić sobie na różne interpretacje. Nie ma przyrostów bez bólu, a może jednak, jak utrzymują złośliwi – nie ma rozkoszy bez bólu? Ktoś, kto obserwuje to co się dzieje na siłowniach z pewnego dystansu może się zastanawiać „czy oni to rzeczywiście lubią?”. Dla nas ćwiczących pewne rzeczy są oczywiste. Bez wymagania od siebie nie ma przyrostów masy mięśniowej. Tymczasem inni, jakby ich nie tłumaczyć, kompleksami, a może zdrowym rozsądkiem, patrzą na to wszystko z pewnym niepokojem i niezrozumieniem.

Robimy sobie krzywdę?

Nie będę tu poruszał problemu sterydów na siłowni, ani też wypisywał morałów na temat ich szkodliwości. Jednak nie tylko to jest problemem i ewentualnym zagrożeniem. Zaczyna się analizować zachowania ludzi ćwiczących na siłowniach i dorabiać im sztuczną motywację oraz rozkładać na czynniki pierwsze ich psychikę.
W taki sposób od terminu anoreksja ukuto termin bigoreksja i podobno my wszyscy faceci ćwiczący na siłowni cierpimy na to schorzenie. Ha. Wolni są od niego tylko trenerzy fitness machający różowymi sztangielkami. Jeśli nie daj Boże dźwigasz więcej niż 20kg, to już na pewno dopadła Cię ta tajemnicza choroba.
Wiele lekarzy rekrutujących się z pośród studentów, którzy przespali wykłady z anatomii, będzie gardłowała, że przysiady niszczą stawy. Gdy zapytać ich o różnicę między prawidłowym przysiadem, a kucnięciem, nie będą wiedzieli. To nic. My robimy sobie krzywdę i trzeba nas powstrzymać. To ich życiowa misja. Powiesz lekarzowi, że ćwiczysz, a on nagle wpada w szał bojowy!
Kolejna zbrodnia, jaką popełniamy polega na jedzeniu dużych ilości białka. W rzeczywistości większość kulturystów je go za mało. Ciężko ćwiczący facet potrzebuje od 3-5 gram białka na każdy kilogram ciała. Lekarska norma 0,8 grama dotyczy ludzi chorych na nerki, a nie zdrowych. Tę prawdę jestem w stanie w pełni udokumentować. Proszę zerknąć do raportu z 1985r. wydanego przez organizacje FAO/WHO/UNU. Tylko proszę uważnie przestudiować wszystkie tabele. Wyraźnie widać, że już wtedy, a są to i tak obecnie przestarzałe badania, dla osób bardzo obciążonych fizycznie i psychicznie, właściwa dawka to 2gramy na każdy kilogram masy ciała. Na dzień dzisiejszy wiemy już, że w przypadku sportów siłowych to i tak za mało. To niejako pewne minimum jeśli kogoś nie stać na lepszą dietę. Wartość 0,8 grmaa dotyczy chorych na nerki!
Ci sami lekarze i dietetycy przez palce patrzą na niszczące praktyki w stylu dieta kopenhaska lub kapuściana, a nierzadko sami je zalecają. To zaś stawia pod znakiem zapytania ich porady na temat zdrowia.

Psychiczne zawirowania?

No a co z naszą psychiką? Czy jesteśmy tak pokrzywieni, że cały dzień spoglądamy w lustro i ciągle martwimy się, że mamy za mało mięśni? Nigdy nie rozstajemy się z metrem krawieckim? Pewnie są i tacy. Jednak, czy można uogólniać? Na siłownie uczęszczają ludzie z doktoratami, jak również młodzież szkolna. Ich motywacja nieco się różni. Mają często całkowicie inne podejście i oczekiwania. Jedni szukają masy mięśniowej za wszelką cenę, dla innych ważniejsze jest zdrowie. Są nawet tacy, którzy ćwiczą, by mieć lepszą potencję. Całkiem rozsądna motywacja, jeśli podejdzie się do sprawy z głową!
Nie mam zamiaru dowodzić, że każdy na siłowni to człowiek odpowiedzialny i stabilny emocjonalnie. Jednak takie uogólnienia i wyciąganie krzywdzących wniosków możemy przeprowadzić wobec każdej grupy społecznej. Możemy bawić się daleko idącymi powiązaniami. Wystarczy trochę wiedzy, wyobraźni i poniekąd złej woli. Spróbujmy dla przykładu zająć się pilotami samolotów. W pracach Freuda sen o lataniu świadczy, że dana osoba jest niespełniona seksualnie. Piloci starają się podświadome pragnienia wcielać w realne życie i zaciągają się do lotnictwa. Mamy więc prosty wniosek. Każdy pilot jest człowiekiem niespełnionym seksualnie. Proste? Tak, tylko całkowicie idiotyczne.
Któryś z pilotów mógłby się obrazić i miałby rację. Jednak, gdy niespełnieni zawodowo domorośli psycholodzy wypisują takie brednie o kulturystach, wszystko jest w porządku.

Co my sami mamy o tym myśleć?

Oczywiście nie powinniśmy brać sobie tych zarzutów do serca. Jednak czasem warto się zastanowić krytycznie nad własną motywacją. Ludzie, którzy nas krytykują zwykle racji nie mają, ale też w ich krytyce jakieś ziarno prawdy się kryje. Budowania masy mięśniowej za cenę zdrowia nie jest rozsądne. Jak to właściwie jest z tym bólem? Arnold pisał w swoich wspomnieniach, że poszukiwał bólu na treningu. Czyli, że bez bólu nie ma przyrostów? Hm. Niełatwo na to odpowiedzieć. Jeśli nigdy nie bolą Cię mięśnie to coś jest nie tak. Na pewno ćwiczysz za mało intensywnie. Czy to jednak znaczy, że należy popchnąć intensywność poza wszelkie granice zdrowego rozsądku?
Są i tacy co z pewnym poczuciem wyższości stwierdzają, że mięśnie bolą tylko początkujących. Potem organizm się przyzwyczaja. Cóż, mają racę, a przy okazji tacy ludzie nigdy nic nie osiągną. Tajemnica budowania masy mięśniowej, siły, czy innych zdolność motorycznych, polega na intensyfikacji i zmianie bodźców. Jeśli przez długie miesiące robisz cały czas to samo, te same ćwiczenia, ten sam zakres powtórzeń, tyle samo serii itd. To po jakimś czasie nic Cię boleć nie będzie. Na pewno też nie urośniesz.
Nieraz wstaję z krzesła i nagle czuję ból mięśni brzucha. Za jakiś czas bolą nogi, a innym razem ręce. Nie jestem początkujący. Czasem mam tego naprawdę dość, ale na tym to niestety polega. Choć wcale nie uważam, że bólu trzeba szukać. Sam nas znajdzie. Chodzi tylko o odpowiednie dozowanie bodźców.
Nie można ćwiczyć cały rok tak samo. Nie można ciągle dochodzić do granicy maksymalnej intensywności. Nikt tego nie wytrzyma. Najprostszy sposób na ciągłą progresję? Gdy na przykład robisz ćwiczenie w zakresie 5 powtórzeń, a potem nagle po kilku tygodniach zmienisz zakres na 10 w serii, to mimo mniejszego ciężaru będziesz płakali z bólu. Tak. Krew, pot i łzy.

Jak rozumieć intensywność?

Nie ma jednej właściwej recepty na intensywność treningów. Dla jednych będą to serie do upadku, a dla innych duża objętość. Czasem wielki ciężar. Ten ostatni parametr jest powszechnie uznawany za wyznacznik intensywności. Czy słusznie? Niekoniecznie. Weź sobie obciążenie rzędu 50%RM i rób serie z przerwami 20 sekund. 10 serii. Nie jest to trening intensywny? Nie odpowiadaj teraz, ale dopiero, jak go wykonasz. Musimy więc przyjąć, że dla każdej fazy makrocyklu i zgodnie z aktualnymi celami treningowymi, intensywność można rozumieć inaczej.

Czy to jest normalne?

Sztuka polega na tym, by umieć od siebie wymagać. Bez tego nie ma przyrostów masy mięśniowej ani sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Trzeba też wiedzieć, kiedy dla własnego bezpieczeństwa i zdrowia sobie odpuścić na jakiś czas. Nie wolno zapominać o regeneracji. To także kluczowy element treningów siłowych. Dla każdego złoty środek będzie położony w nieco innym punkcie i każdy sam musi go odnaleźć. Nierzadko drogą prob i błędów. Ważny, aby myśleć samodzielnie i krytycznie. Słuchać co inni mają do powiedzenia, ale sprawdzać wszystko w praktyce. Nie wolno wierzyć na słowo hasłom skoksowanych po czubek głowy zawodowców – „no pain, no gai”, ale też nie można polegać na tych, którzy twierdzą, że broń Boże nie wolno się przemęczać. Z siłowni można wyjść silnym i zdrowym, albo inwalidą. Dużo zależy od nas samych.
Na koniec zostawiłem sobie najlepszy cytat. Gdy jeden w bułgarskich trenerów dwuboistów został zapytany, czy takie intensywne treningi są normalne, odpowiedział: „Normalne? Kto chciałby być normalny? My chcemy być niesamowici.” No właśnie. Pod tym się podpisuję, a wszystkim zalęknionym i pozbawionym ambicji, którzy ciągle pytają mnie: „Chce ci się tak dziennie ćwiczyć? Nie męczy cię ta dieta? Chce ci się jeść te suplementy?”, już dziękuję.