Nowe spojrzenie na dietę masową i redukcyjną cz. 6

Homocysteina

By ostatecznie zamknąć już sprawę cholesterolu musimy jeszcze przyjrzeć się homocysteinie. Już kilkadziesiąt lat temu dr Lutz wskazywał na prawdopodobieństwo powiązania tego aminokwasu z miażdżycą i chorobami układu krążenie. Innymi słowy oskarżenie cholesterolu byłoby niesłuszne. Niewinny zasiadł na ławie oskarżonych. Obecnie, choćby tylko przeglądając strony internetowe pod tym kątem, znajdziemy liczne zalecenia, by w związku z miażdżycą czy też chorobą Alzheimera badać poziom homocysteiny we krwi. Mimo, że dziś już większość lekarzy dostrzega taki związek, to wcale nie przeszkadza im to hołdować starej teorii wiążącej spożycie tłuszczu z chorobami serca.
Co to jest homocysteina? Jest to aminokwas siarkowy, z którego powstają w procesach aminizacji metionina albo cysteina. Wszystko jest dobrze dopóki nie zostanie zaburzony metabolizm tego aminokwasu. Zgodnie z odkryciem dr McCully’ego z roku 1933, nadmiar homocysteiny we krwi powoduje zaleganie lipoprotein o niskiej gęstości LDL (low density lipoproteins), czyli tego związku, który w powszechnej dziennikarsko-bełkotliwo-niedouczonej terminologii zwie się „złym cholesterolem”.
Ujmując rzecz w skrócie. Lipoproteiny są to cząsteczki białka powiązane z tłuszczem, które zajmują się transportem cholesterolu oraz innych tłuszczy w organizmie.
Najbardziej prawdopodobną przyczyną nadmiaru homocysteiny we krwi i chorobowych konsekwencji tego stanu rzeczy jest niedobór trzech witamin: B6, B12 i kwasu foliowego. Wszystkie te witaminy występują w pokarmach pochodzenia zwierzęcego, a witamina B12 tylko w takich. Nie dość tego. Jak już wspominałem węglowodany przetworzone, czyli te zachwalane jako zdrowe z powodu niskiego IG, są w rzeczywistości najbardziej niebezpieczne. Ma to związek z tym, że spożywając je więcej tracimy witamin na ich przetworzenie – niż ich zyskujemy.
Na koniec tego paragrafu, inspirowanego głównie książką Wolfganga Lutza i Allana Christiana, pozwolę sobie na dość emocjonalne podsumowanie. To nie cholesterol wykończy Twoje serce. Zrobią to ryż, makaron i płatki śniadaniowe. Nie trzeba w tę teorię wierzyć bezkrytycznie, ale może czas przemyśleć dotychczasowe poglądy?
Nie zapominajmy też o tym, że to właśnie nasycone kwasy tłuszczowe są jedyną substancją dostarczającą energii naszemu sercu.

Antyoksydanty

Obecnie zapanowała moda na antyoksydanty. Wynajduje się coraz to nowe związki, które mają zabezpieczyć nas przed taką czy inną chorobą. Głównie przed nowotworami, bo to teraz straszak numer jeden. Reklamuje się zieloną herbatę różne inne ziółka, a całkowicie pomija się fakt, iż najbardziej naturalnymi antyoksydantami są nasycone kwasy tłuszczowe. Tymczasem, z pewną dozą złośliwości proponuję Wam zerknąć do Wikipedii i do listy używanych w przemyśle spożywczym antyoksydantów. Czy rzeczywiście to mają być substancje poprawiające nasze zdrowie?
Nieprzypadkowo dość często zdarza mi się krytykować inną panującą obecnie modę. Na smażenie wszystkiego na oliwie z oliwek. To ma być dbanie o zdrowie? Czy naprawdę nikt z dietetyków lansujących takie bzdury nie może użyć do myślenia głowy, zamiast tego na czym się powinno siedzieć? Z resztką szacunku, jaka mi do nich pozostała…
Co tak naprawdę się dzieje? Podgrzewając jakikolwiek olej, a już najszybciej oliwę sprawiamy, że zmienia się tłuszcz o konfiguracji cis w taki o konfiguracji trans. Nikt już dziś nie ukrywa, że to właśnie ten rodzaj tłuszczu również jest przyczyną miażdżycy. Trwają nawet z tego powodu debaty w UE, czy nie wycofać całkowicie margaryn z rynku. Miejmy tylko nadzieję, że idąc za ciosem Unia nie zakaże nam również jedzenia masła!
To właśnie z powodu zachodzących procesów utleniania zalecam zwykle ostrożność w stosowaniu nienasyconych kwasów tłuszczowych. Są nam potrzebne. To prawda, ale musimy dobrze dobierać ich źródła i właściwie się z nimi obchodzić. Czasem wystarczy większa temperatura i trochę słońca. Najtrwalsze są pod tym względem tłuszcze rybie, a szczególnie olej z kryla. Niezależnie jednak od tego na jaki rodzaj tranu czy oleju z ryb pozwolą nam fundusze, warto je chronić przed słońcem i wysoką temperaturą.
Trzeba przy okazji pamiętać, że praktycznie każdy przyniesiony ze sklepu olej to głównie tłuszcze trans. Podczas smażenia tylko pogarszamy sprawę. Jeśli już ktoś bardzo chce pić oliwę z oliwek, to przynajmniej powinien zwrócić uwagę nie tylko na to czy jest z pierwszego tłoczenia, ale również, czy znajduje się w butelce z ciemnego szkła. Zaś do smażenia używajmy smalcu lub masła.

Zapotrzebowanie na błonnik

Do obecnych mód dietetyczny trzeba dołączyć także modę na błonnik. Widziałem już nawet w sklepach paczki zawierające sam błonnik, którym to osoby całkowicie źle rozumiejące odchudzanie zapychają sobie brzuch.
Słuchając niektórych wypowiedzi można niemal dojść do wniosku, że sam błonnik zupełnie wystarczy nam do życia. Czytałem jakiś czas temu o krytyce jaką lekarze i dietetycy poddali dietę tysiąca kalorii. Dieta faktycznie jest beznadziejna, ale wiecie czym martwili się ci krytykujący? Nie tym, że jest w niej za mało białka czy innych składników. Problemem dla nich było zbyt mało błonnika!
Czy rzeczywiście potrzebujemy błonnika? Na to pytanie nie można odpowiedzieć prostym tak albo nie. Mimo, iż nasz układ pokarmowy bliższy jest w swojej budowie drapieżnikom niż roślinożercom, to jednak nie jest taki sam. To powoduje, że pokarmy roślinne do pewnego stopnia mogą czy nawet powinny uzupełniać naszą dietę. To także pozwala sądzić, że niewielka ilość błonnika jest wskazana.
Z moich obserwacji wynika, że znacznie się różnimy, gdy chodzi o zapotrzebowanie na błonnik. Jedni nie potrzebują go niemal wcale, to osoby niejako wyspecjalizowane w spożyciu mięsa – o czym będzie więcej w kolejnej części – a inni muszą mieć go trochę w swojej diecie. Przy czym trzeba sobie zastrzec, że nikt z nas nie potrzebuje go aż tyle, ile się obecnie próbuje nam wmawiać w ramach obowiązujących dogmatów dietetycznych.
Ważne jest także to z jakiego źródła będziemy ten błonnik czerpać. Warto wybierać takie, które zawierają stosunkowo mało węglowodanów, a więc nie mąka czy ryż, a raczej orzechy czy zielone warzywa.
Jeszcze niedawno zalecałem, idąc za trendami w dietetyce sportowej, duże ilości tych warzyw. Obecnie sądzę, że przy diecie niskowęglowodanowej nie potrzebujemy ich aż tak dużo. Powinny znaleźć się na naszym talerzu, ale ich ilość musimy określić indywidualnie drogą prób i błędów. Na marginesie dodam, że zielone warzywa nie są wskazane dla małych dzieci. Ich układ pokarmowy sobie z nimi nie radzi, a niektóre substancje będą w tym wypadku wręcz toksyczne.
To jeszcze nie koniec. Już wkrótce ciąg dalszy…

23 odpowiedzi do artykułu “Nowe spojrzenie na dietę masową i redukcyjną cz. 6

  1. Jaco

    Witam
    Bardzo ciekawa seria artykułów dużo mi
    wyjasniły ale mam pare spostrzezeń
    4 miesiące temu całkowicie zrezygnowałem z węglowodanów
    (jem jedynie te z warzyw i owoców)
    i z miesiąca na miesiąc mam coraz więcej pryszczy(wczesniej na diecie
    wysokowęglowodanowej i średniobiałkowej nie miałem tego problemu)
    czy moze to być związane ze zbyt dużą ilością białka lub tłuszczu w diecie?
    (jem około 3 białka i 3g tłuszczu na kg/mc)
    głównymi źródłami białka i tłuszczu w mojej diecie są:
    jajka(surowe),sery,mięso(podroby),masło,smalec,śmietana.
    do tego do każdego posiłku jem jakieś warzywo lub owoc
    próbowałem przez miesiąc nie jeść jajek i przetworów mlecznych lecz ilość
    pryszczy wciąż rosła.
    czy może to być efekt zwiększenia testosteronu?
    dodam że mam 18lat

  2. rodzyn

    Wydaje sie, ze jak najbardziej tak. Np ludzie stosujacy boostery testosterony czesto skarża sie na wysyp „niedoskonałości”. Ujmując „nasza” diete jako wlasnie taki booster odpowiedz nasuwa sie sama. Jeśli nie jest to bardzo silny trądzik to możesz sprobować maści cynkowej – ma dzialanie lekko antybakteryjne i wysuszające. Moze dorzucic tez do suplementacji A+E (zwykly tran powinien zalatwic sprawe, a w bonusie masz Omega3) oraz wit PP i cynk. Do tego zwykly zel do twarzy w stylu Under20, unikaj slodyczy, ostrych rzeczy i powinno byc OK. Pozdrawiam

    1. stefan

      W zasadzie nie mam nic do dodania do tego, co napisał rodzyn. Niestety niektórzy faceci w tym wieku tak reagują na podwyższony poziom testosteronu. Dlatego też pryszcze kojarzą się z tym okresem. Na pewno nie jest to powód do zarzucenia diety. Profilaktyka taka jak opisał rodzyn. Gdyby problem się nasilał to przyda się dermatolog albo jakieś porządne kremy, ale to już te z górnej półki, bo tanie zwykle niezbyt dużo dają.
      Ogólnie myślę, że to po pewnym czasie przejdzie. Organizm musi się przyzwyczaić. Pozdrawiam.

  3. Marek

    Ja mam dokładnie na odwrót. Odkąd zmieniłem dietę, na podobną do tej Jaco, poprawiła mi się cera, lepiej się czuję, lepiej śpię, w ciągu dnia mam więcej energii, już nie mówiąc o tym, że w przeciągu miesiąca zniknęły mi oponki na brzuchu.
    Zawsze dużo się ruszałem, trenowałem nawet wyczynowo i starałem się „zdrowo” odżywiać, ale brzuch zawsze pozostawał. A teraz po miesiącu zaczyna mi być widać mięśnie na brzuchu 🙂

  4. Mateusz_2

    Muszę przyznac,że bardzo ciekawy artykuł. Pamiętam jak w tamtym roku ładowałem sporo węgli i wprawdzie zrobiłem się większy,ale brzuch też wywaliło ;/ Stefan,myślisz,że jednak na śniadanie i okołotreningowo można zjeśc węgle?

    1. stefan

      Móc można. 🙂 To już zależy od osoby. Jak się już osiągnie to, że spadnie odporność na insulinę to można nawet trochę więcej. Byle bez przesady. Lutz uważa, że zdrowa ilość to 72 gramy. Myślę, że to jest taka norma mniej więcej – dla zdrowia. Oczywiście głównie z owoców i warzyw. Przy czym te warzywa to raczej nie w okolicach treningu.
      U mnie ostatnio węglowodany to naprawdę niezbędne minimum. Śniadanie i okołotreningowe białko i tłuszcz.

  5. Mateusz_2

    Ale czy nie będzie się ciężej cwiczyło,jeśli wrzucimy tłuszcze przed treningiem? Na śniadanie zawsze mam duże ilości białka,węgli i tłuszczy i wszystko jest w porzadku. Nie uważasz,że to kwestia indywidualnych predyspozycji? Na jednego podziała dieta wysokotłuszczowa,a na innego z duża ilościa węgli.

    1. stefan

      Pierwsza sprawa. Zmieniłem trochę nicka, bo już mamy Mateusza na pokładzie i by było wiadomo, że to wypowiadają się dwie różne osoby. Prosiłbym takie rzeczy uwzględniać.
      Co do pytań. Nie nie uważam. Miałem kiedyś podobne obawy. Bezpodstawnie. Odpowiednia dawka białka i tłuszczu przed treningiem pozwala ćwiczyć bez problemu, co więcej nie ma takich skoków insuliny ani cukru we krwi w czasie ćwiczeń. To samo twierdził pięćdziesiąt lat temu Gironda i miał rację. Tego samego dowodzą eksperymenty Kreamera. Trzeba tylko przyzwyczaić organizm, nic więcej.
      Oczywiście, że dobór ilości składników to do pewnego stopnia rzecz indywidualna, ale tylko do pewnego stopnia. Człowiek mający lekką pracę i nie trenujący nie będzie potrzebował tyle białka i tłuszczu co ciężko trenujący atleta czy górnik. Węglowodanów niektórzy mogą potrzebować trochę więcej. Ile? Nie wiem, ale jedno wiem na pewno. Nikomu dobrze nie posłuży dieta wysokowęglowodanowa. Tu zdecydowanie stwierdzam, że jedyne co można zyskać to pakiet chorób cywilizacyjnych. Przecież o tym jest cały ten cykl i tam to wyraźnie staram się pokazać. Im wyższy procent węglowodanów w diecie tym stan zdrowia szybciej się pogarsza. Podaj jakieś argumenty za tym, że jest inaczej. Zawsze możemy podyskutować :), byle nie były to argumenty z kolorowej prasy. Pozdrawiam.

  6. Mateusz-2

    Aha,nie zauwazylem drugiego Mateusza ;d no tak,ale chyba owsianka na sniadanie i 1 worek ryżu nikomu nie zaszkodzi. Sam przecież pisałeś w jednym z artykułów,że zbyt niska podaż węglowodanów może doprowadzic do zaburzeń pracy bodajże tarczycy. Nie popadajmy ze skrajności w skrajnośc 🙂 Piszesz,że nasi przodkowie nie jedli węgli w postaci ryżu,tylko owoce leśne. Ale przecież ziemniaki czy ryż zawitały do Europy już kilkaset lat temu i uważam,że nasz organiz już dawno się do nich przystosował. Fakt,niektórzy moga miec problemy z ich trawieniem,ale tak jest z tysiacami innych produktów 🙂 btw,myślisz,że po treningu mogę popic kreatynę niewielka ilościa carbo (ok.40g) czy raczej jest to niedopuszczalne ;d?

    1. stefan

      Oczywiście, że może zaszkodzić. Zresztą nie widzę sensu jedzenia takich rzeczy, zwłaszcza jeśli finanse do tego nie zmuszają. Pytanie czy nawet w przypadku biedy jest to rozwiązanie najsensowniejsze.
      Uważasz, że procesy ewolucyjne zachodzą w ciągu kilkuset lat? Nie ta skala. Nie można stawiać na jednej szali trzystu lat, a na drugiej setek tysięcy lat. Myślisz dlaczego w Azji tak często pojawia się choroba beri-beri? Oni tam o wiele dłużej jedzą ryż.
      Na Twoje pytanie o carbo odpowiedziałem w zasadzie w dzisiaj opublikowanej części. Poczytaj i pomyśl sam czy ma to sens.
      Ciekawe, że wszyscy tak bardzo rzucają się do obrony owsianki i ryżu. Wszystko tylko dlatego, że w ostatnich latach zrobiono nam masowe pranie mózgu i przekonano, że to zdrowe. Nie jest zdrowe i nigdy nie było.

  7. Mateusz-2

    To nawet już naszych polskich ziemniaków zjeśc nie mogę ;p ? Prosto z pola mojej babci ;d bez przesady. Wg mnie można jeśc,ale z głowa. Ale oni tam w Azji na śniadanie,obiad i kolacje jedza ryż,a 1 woreczek nijak ma się do tego. Do każdego produktu można się przyczepic robiac jakieś tam badania. I wyjdzie na to,że wszystko jest szkodliwe. Człowiek adaptuje się do takiego klimatu i warunków,w jakich mu przyjdzie życ. Popatrz na Amerykanów,którzy praktycznie z każdej strony sa zalewani nowymi McDonald’sami. I wszędzie te udogodnienia,metra,samochody,itp. Nie trzeba wychodzic z domu,żeby już np.zrobic zakupy. W Europie rzecz zaczyna się miec podobnie. Ale skoro mój dziadek żył z ziemniaków i chleb i żyje dalej,a ma już ponad 87 lat i jest w świetnej formie,to i ja nie mogę ?

    1. stefan

      Trochę mylisz różne rzeczy. Wprawdzie w ruchu paleo stawia się ryż na równi z ziemniakami i mąką, ale ja osobiście akurat nie uważam, by ziemniaki były aż tak złe. W niewielkiej ilości jak najbardziej.
      Patrzę na Amerykanów i co widzę? Postępującą epidemię cukrzycy, choroby stawów i coraz więcej otyłych ludzi. Tak, to teraz przychodzi do Europy i widać już co się dzieje. Z tego mam brać przykład?
      Jasne, że nasi dziadkowie jedli ziemniaki, ale nie zjadali ich tyle ile się promuje na dietach wysokowęglowodanowych. To po pierwsze. Ryż w Polsce jadło się dużo rzadziej. Wiesz, ja te czasy pamiętam i wiem co się jadło trzydzieści kilka lat temu. Zawsze było mięso na obiad, albo jajka, albo zsiadłe mleko. Poza tym chleb – oczywiście, ale chleb z masłem – nie z margaryną czy innym świństwem. Trudno też porównywać tamten chleb ze współczesnym, czy dzisiejsze wędliny pełne soi z tamtymi. Tylko i tak podtrzymuje tezę, że ryż czy chleb to są zapychacze i lepiej z nich zrezygnować.
      Rzecz równie ważna. Wtedy się ludzie ruszali sto razy więcej niż teraz. Od małego do starego. To też miało wpływ na zdrowie.
      Czy dla Ciebie wielki bebech i mnóstwo chorób to forma adaptacji?

  8. Mateusz-2

    Nie odniosłeś się do tego,że niska podaż węgli wywołuje problemy z tarczyca… Oczywiście,że nie jedli w takich ilościach,bo była bieda,tylko mówię,nie popadajmy w skrajności. Trochę np.ziemniaków nikomu nie zaszkodzi. Właśnie o to mi chodzi-co dzieje się teraz z Amerykanami (ale to było tylko nawiasem mówiac). Mięso na obiad 30 lat temu ? Stary,coś Ci się chyba pomyliło. Nie było łatwo dostac mięcha,szczególnie w PRL-u. Jak przywieźli do sklepu,to szybko znikało. Czy ktoś tu mówi,że jem chleb z jakimś g*wnem,albo wędlinami? Rozmawiamy tutaj o osobach regularnie cwiczacych,a nie prowadzacych „amerykański” tryb życia. Ile badań,tyle wyników. Nie ma jednego świetnego rozwiazania i nigdy nie będzie.

  9. Mateusz-2

    Mówisz,że przodkowie nie jedli produktów pochodzenia zbożowego ? Pragnę Ci przypomniec,że zboże (m.in. pszenica) i ryż był uprawiany ponad 10 tys.lat temu…

    1. stefan

      Właśnie po te kilkadziesiąt gram węglowodanów, by nie było problemów z tarczycą. Inna sprawa to czemu ludzie żywiący się samym mięsem nie mają takich problemów? Czemu nie mają ich Eskimosi czy Masajowie?
      Najpierw powołujesz się na przykład Amerykanów jako formę adaptacji, a potem zmieniasz znaczenie swojej wypowiedzi.
      Prosiłem o rzeczowe argumenty a nie demagogię z telewizji. Ja w tym czasach żyłem! W latach siedemdziesiątych nie było problemów z mięsem. Jasne, że nie jadło się tego nie wiem ile, ale było. Było nawet na obiadach w szkole.
      Ile jeszcze razy mam powtarzać, że przemiany ewolucyjne to przynajmniej setki tysięcy lat?

  10. Mateusz-2

    Aha. Czyli osoby nie żywiace się samym mięsem maja problemy? Nie zrozumiałeś mojej wypowiedzi n.t. Amerykanów-nie podawałem ich jako dobrego przykładu. Nie jesteś jedyna osoba,która żyła w tamtych czasach… A moja rodzina czy inne osoby mówia chyba prawdę,nie? Może i rodziny esbeków miały co chwilę mięso,ale nie przeciętni ludzie. Setki tys.lat? Na podstawie czego to mówisz,własnych doświadczeń,badań,masz skończone kilka kierunków studiów? Demagogię z tv? Stary,uwierz mi,że jestem osoba myślaca samodzielnie. A Twoje argumenty sa rzeczowe i maja odzwierciedlenie w rzeczywistości? Chyba i tak każdy z nas pozostanie przy swoim i nie zmienimy swoich pogladów. Dziękuję za ciekawa dyskusję i pozdrawiam 😉

    1. stefan

      Rozumiem, że nie każdy musi się z mną zgadzać. Pytanie czy to powód, by kogoś obrażać i wyzywać od eskebeków? Ta ostatnia wypowiedź mówi sama za siebie.

  11. Mateusz-2

    O przepraszam,ale ja tutaj nikogo nie obrażam i wyzywam od esbeków. Mówię tylko jak jest i było. Żyjemy w końcu chyba w demokratycznym kraju? Twoja wypowiedź świadczy o tym,że niby szanujesz poglady innych,ale to tylko Ty jedyny masz rację.

  12. Tomek

    Ktoś tu chyba jest niedoinformowany:-)
    Według opowieść starszych osób w tym mojej babci która pamięta II wojne światową wynika że w trakcie wojny faktycznie węglowodany uratowały wielu osobom życie ale nie były to te same produkty co teraz. Nie znano w tych czasach sztucznych nawozów więc plony były bardzo małe i można powiedzieć że ludzie raczej przymierali głodem niż zapychali się ,,carbo” pozatym prawie każde gospodarstwo miało krowę która dawała mleko. Jeśli chodzi o czasy PRL-u rzeczywiście niby wszystkiego brakowało ale każdy wszystko miał a jeśli chodzi o mięso niektórzy nawt byli wybredni. Nawet znajdują się ludzie którzy zachwalają tamte czasy choćby z powodu braku bezrobocia. Żyje w woj świętokrzyskim a jest to jedno z najbiedniejszych województw ze względu na zaborce który okupował tę część kraju. Odnosząc się do rozwoju człowieka proponuje sięgnąć do książki ,,Zakazana Archeologia” która była już tu wymieniana przez założyciela blogu.
    Niepodwarzalnym dowodem na bezwartościowość węglowodanów może być np wzrost populacji. Znalezione szkielety ludzi pierwotnych wykazują że byli oni wieksi zarówno pod względem wzrostu jak pod względem budowy ciała od od ludzi średniowiecznych których podstawą żywienia był chleb.
    Wystarczy spojżeć na małe zbroje i łóżka znajdujące się w muzeum. Średni wzrost ludzi średniowiecznych wynosił ok.165 natomiast wzrost ludzi pierwotnych nawet przewyższał ludzi współczesnych. Czytając te argumenty każdy może sam logicznie dojść do wniosków. Jeśli ktoś chce mogę poszukać strony z statystykami. To tylko jeden z bardzo nielicznych dowodów. Myślę że najlepszym argumentem przeciw węglowodanom powinna być obserwacja własnego ciała.
    Pozdrawiam;-)

    1. stefan

      Poniekąd racja, choć tak naprawdę to do pewnego stopnia już wtedy szkodził. Chodzi właśnie o to, że choroby cywilizacyjne pojawiły się wówczas, gdy pojawiły się cywilizacje zorientowane na rolnictwo.
      Parówki 🙁 Kiedyś lubiłem, teraz uciekam na sam widok. Niestety tu też się muszę zgodzić. Lepiej nawet nie pisać co tam teraz może być w tych „zagadkach metabolizmu”. Pozdrawiam.

  13. Marek

    Co do parówek, to mogę opowiedzieć jak pewnego razu znajomy opisywał mi ich produkcję. Pracował wtedy w masarni, więc sam w tym uczestniczył.
    Otóż pod koniec dnia pracy kilku facetów brało miotły i zbierało wszystkie resztki z podłogi. To szło na parówki. Oczywiście w połączeniu z innym syfem, który później dodawali, bo tego „mięsa” w nich jest zazwyczaj w porywach 40%.

    1. stefan

      Parówki to dla mnie materiał na thriller żywieniowy :). Już od wielu lat nie jem. Pamiętam, że przy niektórych pod koniec miałem wrażenie, że napchane są mydlinami. Nie będę podawał nazw firm, ale chodzi tu o dość znanych producentów.
      Generalnie jeśli zna się kogoś kto pracuje w przemyśle żywieniowym i ten ktoś zaczyna opowiadać, to już naprawdę odechciewa się jeść czegokolwiek. Niestety mało kto ma dostęp do prawdziwej żywności w pełnym tego słowa znaczeniu. Trzeba wybierać mniejsze zło. Kupuję mięso w sklepie, ale już bym nie kupił żadnych wędlin. Raczej ostatnio przemyśliwam nad tym, jak sobie samemu wyrabiać takie, bo czasem ma się chęć na kiełbasę do kolacji 🙂 a soją i mydlinami nie mam ochoty się napychać. Pozdrawiam.