Nowe spojrzenie na dietę masową i redukcyjną cz. 5

„Chleba powszedniego daj nam…”

Kluczowym argumentem podnoszonym przez zwolenników diety wysokowęglowodanowej jest to, iż jest to tanie źródło łatwo przyswajalnej energii. Zgodzę się z tym, że tanie. Między innymi dlatego właśnie były one wykorzystywane przez rozwinięte cywilizacje. Począwszy od tych starożytnych. Duże nagromadzenie ludności wymagało większej ilości pożywienia i to taniego pożywienia. Stąd rozkwit rolnictwa. Podstawą żywienia stały się zboża.
Z czasem doszła do tego cała tradycja połączona z religią. Wszak chleb w naszej kulturze ma dość bogatą symbolikę. Jest synonimem sytości i Bożego błogosławieństwa. Ma zastosowanie sakralne. To przede wszystkim chleba ma nie zabraknąć w naszych domach. Z taką tradycją trudniej walczyć niż nawet z całą pseudonaukową propagandą.
Gdy mówię znajomym, że nie jem chleba patrzą na mnie zgorszonym wzrokiem. By było śmieszniej chleb przestał być tanim pokarmem. Dziś za tę samą cenę można kupić kilogram chleba i kilogram mięsa. To nie żart. Jeśli ktoś nie ma oporów przed jedzeniem podrobów od czasu do czasu, to rachunek wygląda właśnie tak. Więc za chlebem nie przemawia nawet rachunek ekonomiczny.
Jednak zwolennicy węglowodanów znowu posłużyli się pewnym trikiem. Sporo takich trików w historii dietetyki. Najpierw twierdzono, że tłuszcze są złe. Gdy ludzie zaczęli mieć więcej problemów zdrowotnych unikając tłuszczu, by ratować sytuację wymyślono podział na dobre i złe tłuszcze. Gdy zaś okazało się, że nadmiar węglowodanów prowadzi do otyłości i cukrzycy, wymyślono indeks glikemiczny. Więc teraz wprost i otwarcie oświadczam, że IG jest równie bezwartościowy jak liczenie kalorii. Z punktu widzenia zdrowego żywienia nic nam nie daje.
Przypominam, by nie było niejasności. Większość owoców ma wysokie IG, a mimo to nie powodują tycia. Natomiast węglowodany o niskim IG jak ryż, czy chleb mogą w większych ilościach stwarzać problemy zdrowotne.
Na razie wróćmy do chleba. Zastosowany w tym wypadku unik polegał na rezygnacji z obrony jasnego pieczywa i uznania za zdrowe tego ciemnego. W teorii ma to pewne uzasadnienie. Całe ziarna, których nie pozbawiono otoczki zawierają potrzebne do ich trawienia witaminy i minerały. Natomiast biały polerowany ryż, podobnie jak biała mąka, są ich pozbawione. Tym samym wyczerpują zasoby mineralne naszego organizmu. Nie przypadkiem przy takiej diecie wymagana jest bardzo dużo ilość warzyw. Gdy jesz mało węglowodanów nie musisz jeść aż tylu warzyw. Proste? Warzywami bliżej także zajmę się niebawem.
Niestety w praktyce ciemny chleb ma w sobie różne domieszki dzięki którym producenci zmniejszają koszty produkcji. Niejednokrotnie tak naprawdę jest to chleb barwiony różnymi chemikaliami. Jedyne co zyskujemy to spokój sumienia. Wszak jemy zdrowe pieczywo.
Musimy pamiętać, że nawet mając „uczciwe” ciemne pieczywo nie możemy jeść go dużo ani uznawać za podstawę naszego żywienia. Tak naprawdę jedynym naturalnym źródłem węglowodanów dla człowieka są owoce i niektóre warzywa. Wszystko inne jest w mniejszym czy większym stopniu kompromisem.

Dieta nizin, dieta gór

Nie przypadkiem dieta górska zawiera w sobie więcej białka i tłuszczu niż dieta nizinna. Już same uwarunkowania geograficzne sprawiają, że rolnictwo bardziej rozwinęło się na nizinach. Na nizinnych dorzeczach wielkich rzek rozkwitały starożytne cywilizacje. Tam populacje wzrastały szybciej, ale też niższa była średnia długość życia.
Czasem widzę analizy żywienia górali w związku z ich długowiecznością. Jednak autorzy takich analiz szybko dochodzą do wniosku, że wszystko to dzięki temu, że w górach je się mniej mięsa. Głównie sery owcze i mleko. Ha! Trzeba przecież jakoś pozostać w zgodzie z obowiązującą dogmatyką. To ile jest tłuszczu w takich serach jakoś uchodzi uwagi. Może ktoś pokusiłby się o analizuję pożywienia Szwajcarów? Nie wystarczy? To proszę zapoznać się z tym ile tłuszczu pochłaniają mieszkańcy Andów! Ich przysmakiem są tłuste kurczaki i tłuściutkie świnki morskie! (to nie żart).
Zdrowie ludów górskich ma zapewne także związek z wysiłkiem fizycznym i tym, że wszędzie „mają pod górkę”. Chodzenie całe życie po górach mocno angażuje mięśnie nóg. Tego nie da spacerek po supermarkecie. Jednak dieta ma także niebagatelne znaczenie.
Postęp ma swoje dobre i złe strony. Wymyślono maszyny, które za nas wykonują ciężką pracę fizyczną. To niestety sprawia, że mniej angażujemy nasz aparat ruchowy i siłą rzeczy jest on w coraz gorszym stanie. Coraz mniej chodzimy, coraz częściej jeździmy samochodem. To takie przypomnienie na marginesie. Powróćmy zatem do kwestii żywienia.

Energetycznie niekorzystne przetwarzanie białek i tłuszczów

Idąc dalej drogą rozumowania krytyków diet low-carb musimy zmierzyć się z zarzutem, że trawienie białek i tłuszczów niesie z sobą większe koszty energetyczne i bardziej obciąża organizm. To poniekąd prawda, ale takie właśnie mechanizmy wykształciliśmy na drodze ewolucji. Zresztą jeden gram tłuszczu daje więcej ATP niż jeden gram węglowodanów. To już praktyczna uwaga dotycząca żywienia sportowców.
Nikt rozsądny w celu zminimalizowania kosztów energetycznych nie będzie do pojazdu napędzanego benzyną lał wody. Uznalibyście go za idiotę? No właśnie. Tak samo jest z naszym organizmem. Skoro nie został przystosowany do przetwarzania dużych ilości węglowodanów to nie będzie na nich funkcjonował lepiej. Argument z niekorzystnym przetwarzaniem energii jest całkowicie chybiony. Warto pamiętać, że część tej energii wytwarzanej w procesach metabolicznych ma także ogrzewać nas zimą!
U zdrowej osoby to nie białko ani tłuszcz najbardziej obciąża wątrobę czy nerki, lecz właśnie nadmiar węglowodanów. Spójrzmy na same nerki. Więcej węglowodanów sprawia, że musimy przyjmować więcej minerałów, więcej ich tracimy i więcej nerki muszą filtrować. To samo jest z wodą. Im więcej cukrów w diecie tym większe zapotrzebowanie na wodę. Przy modelu low-carb nie trzeba pić aż tak dużo!
Natomiast o zniszczeniu trzustki napisano już całe tomy, więc nie ma sensu się w to zagłębiać. Duże skoki insuliny i cukru we krwi prowadzą do poważnych uszkodzeń tego narządu.

Jedni tyją inni chudną

Kolejna interesująca nas sprawa to reakcje organizmów na nadmiar węglowodanów. Bynajmniej nie wszyscy na nich obrastają tłuszczem. Pewna część populacji wręcz chudnie i nie potrafi zbudować masy mięśniowej. To zwykle ci nazywani hardgainerami. Eksperci na forach każą jeść im coraz więcej węglowodanów, a mięśnie jak nie rosły tak dalej nie rosną. Ten nadmiar węglowodanów podcina u niech główne hormony anaboliczne, jak testosteron czy HGH. Temu zjawisku jeszcze przyjrzymy się później bliżej.
Wreszcie po przekroczeniu pewnej granicy spożycia węglowodanów ów mityczny hardgainer zaczyna rosnąć, ale tylko w jednym miejscu. Na brzuchu. Gdyby zamiast tego zmniejszył ilość węglowodanów, a zwiększył białka i tłuszczu pewnie bardzo by się zdziwił.
To bynajmniej jeszcze nie koniec tego cyklu. Póki co warto sobie uświadomić, że prawdziwych hardgaierów nie ma. Tak samo, jak mięśnie nie rosną na tonach węglowodanów, a samochód z tradycyjnym silnikiem nie pojedzie na wodzie.

13 odpowiedzi do artykułu “Nowe spojrzenie na dietę masową i redukcyjną cz. 5

    1. stefan

      Hm, nic nie było. Nawet w spamie, bo i tam sprawdzam. Te filtry mają czasem takie humory, że wywalają do spamu, ale i tam nic nie było. Dopiero teraz ten jeden krótki wydobyłem ze spamu.

  1. Tomek

    Witaj
    Przekonałem się na własnej skórze że węglowodany nie są zdrowe. Niepodważalnym argumentem jest apatia i osłabienie przy diecie węglowodanowej. Ze względów finansowych nie mogę sobie pozwolić na dietę wysokobiałkową i stąd moje zainteresowanie tym artykułem. Mógłbyś rozwinąć swoją myśl na temat rachunku ekonomicznego? Przydałyby się jakieś rady na temat dobrego odżywiania mniejszym kosztem.
    PS: Co myślisz o jedzeniu surowych jajek oraz piciu mleka. W internecie można znaleźć wiele argumentów przeciw piciu mleka jak również wiele argumentów próbujących obalić tą teorię.
    Pozdrawiam

  2. Mateusz

    Węglowodany już coraz bardziej są wypierane na rzecz tłuszczy u ludzi, którzy interesują się zdrowym stylem życia. Na początku były dodatki oliwy z oliwek, orzechy, nasiona lnu zmielone oraz suplementy w postaci Omega-3. W chwili obecnej już tę kwestie można rozwiązać – więcej zdrowia z perspektywy układu trawiennego, metabolizmu i w zasadzie również samopoczucia, uczucia po pokarmie dają Nam posiłki białkowe z tłuszczem i to najlepiej nasyconym, dodatki wielonienasyconych : orzechy, len, pestki dyni również całkiem dobrze spełniają swoją rolę. Dodatkowo zjadać przyzwoitą ilość warzyw najlepiej zielonych, ale nie jest to konieczne – pomidorom, papryce, marchwi nic nie brakuje. Owoce też warto wrzucać do żywienia dziennego – dają energię i sporo mikroelementów, są też ważnymi antyoksydantami szczególnie te zawierające witaminy A,C,E . Dobrze promujesz ten styl Stefan, czytam i się zgadzam. Pozdrawiam

  3. Mateusz

    Uważam też, że właśnie najlepiej większość organizmów ludzkich będzie reagowała na źródła białka w kolejności : mięso, jaja, ryby dopiero na końcu wszelkie twarogi, inny nabiał oraz przetworzone odżywki białkowe.

    1. stefan

      Po ponad pięćdziesięciu latach wszystko zatoczyło wielki kolo i wracamy do punktu wyjścia. Czyli podstawa żywienia to mięso, jajka i sery, ewentualnie ryby. Obecnie wynajduje się coraz więcej dziwacznych pojęć, żeby tylko wszystko skomplikować i wyglądało bardzo naukowo. Jak znajdę te co dziwniejsze to jeszcze przy okazji kiedyś o tym napiszę więcej, bo teraz mi uciekło z pamięci.
      Oczywiście problemy przy takiej diecie są dwa. Jeden ekonomiczny, a drugi społeczny. Tego drugiego też bym nie lekceważył. No bo nie zawsze jest tak, że jemy sami i innymi nie musimy się przejmować. Nie zawsze też najbliżsi będą podzielali nasze poglądy, a fanatyczne lansowanie ich na siłę też niczemu dobremu nie służy. Jeszcze inny problem. Twoja kobieta zrobi Ci dobry obiad, a Ty stwierdzisz, że tego nie jesz. To czasami naprawdę może być kłopot. Sam od czasu do czasu muszę iść na pewne kompromisy z takich względów. W miarę mam to ustawione, ale bywa, że jednak trzeba ustąpić. Im mniej takich wyjątków tym lepiej, ale wiadomo, musimy się liczyć z innymi ludźmi.
      Teraz sprawa ekonomii. Są różne rodzaje mięsa, bo wiadomo tu głównie o ceny mięsa rzecz się rozbija. No może jeszcze serów i orzechów, bo to też nie jest tanie. Dobry ser swoje kosztuje. Trzeba to też różnicować. Im jesteś większy i więcej potrzebujesz składników, tym więcej pieniędzy na to schodzi. Tylko tak jak już wielokrotnie wspominałem, można koszty ograniczyć jeśli nie ma się żadnych oporów przed jedzeniem podrobów. Bardzo dobre źródła białka: płuca, serca, wątróbki, żołądki. Już jest niezły wybór, a koszt stosunkowo niewielki. Oczywiście warto też czasami kupić coś droższego. Co i ile to już kwestia możliwości. Nie zawsze muszą być filety z kurczaka, mogą być udka. Normalnie jedzone ze skórą!
      Ostatnio bawię się maszynką do mielenia mięsa i kombinuje z różnymi takimi przepisami, bo wiadomo wędliny sklepowe to w większości soja i najgorsze świństwa.
      Jajka jako tanie źródło białka też są ok. Plus to co wymieniał Mateusz. Niestety pestki z dyni i orzechy też tanie nie są. Jako tanie źródło tłuszczy polecam smalec. U mnie ostatnio sporo go schodzi. Dodałbym jeszcze masło. Te normalne, a nie jakieś cuda na kiju. No i niestety suplementacja omega 3 jest obecnie niemal obowiązkowa.
      Powiem tak. Należy jeść tyle, na ile nas stać. Powinno być tego dużo, jeśli myśli się o masie mięśniowej, ale jak kogoś nie stać na tyle to tego nie przeskoczy. W takiej sytuacji lepiej już jeść mniej lecz porządnie niż dopychać się ryżem czy owsianką. Szkoda zdrowia. Na mniejszych ilościach białka i tłuszczu też będzie się rosło jeśli ograniczymy węglowodany, tyle, że wolniej. Paradoksalnie, o czym jeszcze będę pisał, samo ograniczenie węglowodanów daje efekt anaboliczny, a nie ich dodanie!
      O jajkach surowych już pisałem tu nieraz. Ten temat wraca. Generalnie nie widzę problemu. Sam takie jadłem. Trzeba tylko oparzyć skorupki dla bezpieczeństwa. No i nie wolno przesadzić z ilością, bo dorobisz się uczulenia. Sam się tak wkopałem, mam nadzieję, że mi przejdzie za jakiś czas. Chwilowo nie mogę jeść surowych jajek. Należy tak jak wszystko różnicować z innymi pokarmami. Nie jeść za dużo na raz i tyle.
      Przez wiele lat miałem negatywny stosunek do mleka. Później, gdy poobserwowałem różne osoby i ich sposób żywienia trochę zmieniłem zdanie. Widzę to teraz tak: Większość dorosłych nie powinna pić mleka, ale część populacji trawi je dobrze i dla nich nie ma problemu. Sam nie toleruje mleka i twarogu, ale z innymi serami czy z kefirem albo śmietaną nie mam problemu i urozmaicam nimi dietę. Jogurtów nie tykam, bo w naszych warunkach to jakieś podejrzane odpady chemiczne, a nie żywe bakterie.
      Każdy musi sam ocenić, czy powinien pić mleko czy nie. Po reakcji swojego organizmu. Najlepiej w miarę naturalne, a nie UHT czy podobne. I jeszcze jedno. Nie zawsze chodzi o nietolerancję laktozy, czasami lub nawet częściej problem dotyczy trawienia kazeiny. Pozdrawiam.

  4. hwd

    A ja zapytam jeszcze o ryby. Pisałem z pewnym niewierzącym w tłuszcze na jakims forum. Zainteresoswała mnie tylko jedna rzecz w jego diecie. Mianowicie nie je mięsa tylko ryby ale zawsze z zieloną herbata ktora rzekomo ma zmniejszac ilosc wchłanianych metali ciezkich do organizmu. Moze byc to prawda?

    1. stefan

      Wiadomo, że właśnie problem z rybami to metale ciężkie, głównie rtęć. Faktycznie istnieją takie opinie. Japończycy prowadzili nawet badania. Nie wiem kto jeszcze. Pewnie było tego więcej. Pytanie, czy dotyczy to również rtęci? Do tego dochodzi problem zupełnie pomijany. Zielona herbata nie każdemu służy i jak każda używka w nadmiarze szkodzi. Mnie na przykład i kilku innym osobom, które znam totalnie rozwala metabolizm. Więc osobiście trzymam się z daleka od zielonej herbaty. Nie twierdzę, że tak jest z wszystkimi.
      Jak znajdę coś więcej na ten temat to dopiszę.

  5. Marek

    Mam dwa pytania: po pierwsze co z dziczyzną? Z jednej strony, trudno chyba o bardziej naturalne źródło białka, a z drugiej chodzą na jej temat, różne negatywne opinie. M.in. że można się zarobaczyć itd. Nie znam co prawda, żadnego wiarygodnego źródła takich opinii, ale wątpliwość pozostaje.
    Po drugie, po czym poznać nietolerancję na mleko? Większość ludzi je pije i podobno też większość go nie trawi. Rzadko słyszę, żeby ktoś miał jakieś objawy typu niestrawności itd. Jak źle na mnie działa jakiś określony rodzaj pokarmu stałego, to to czuję w brzuchu. Ale mleko to płyn i zastanawiam się, czy ono się po prostu nie „przepłukuje”. A może po prostu dobrze je trawię? Sam nie wiem, a chciałbym wiedzieć jak to sprawdzić.

  6. rodzyn

    Co do objawow nietolerancji mleka to są to typowe objawy niestrawnosci like gazy, napecznialy brzuch, odbijanie lub mocniejsze jak wymioty czy biegunka. Myślę, ze tez moze to zalezec od tego czego wlasnie w tym mleku nie trawimy, na mnie swietnie dzialaja sery i twarogi, ale mleko juz raczej niedobrze, takze stawiam na laktoze. Mam straszne gazy i odbijanie.
    Pozdrawiam

    1. stefan

      Dziczyzna jak każde mięso powinna być przebadana weterynaryjne. Niby proste, ale… Jeśli kupisz w sklepie to akurat wiadomo mi z pewnego źródła, że tam pakuje się zwykłe odpady i tak naprawdę płacimy za śmieci, które są dziczyzną z nazwy. Miałem kiedyś ochotę, po informacjach od człowieka pracującego przy tym – odechciało mi się. Dziczyzna sklepowa to niestety gorsze mięso niż wieprzowina czy wołowina z hodowli, choć i one idealne nie są.
      Natomiast nie wiem jak wygląda procedura w przypadku polowania i zakupu bezpośrednio od myśliwego. Pewnie są jakieś przepisy. Nie wiadomo też na ile przestrzegane. W tym wypadku teoretycznie faktycznie byłoby to lepsze mięso, ale i tak warto zadbać, by zostało zbadane.
      Czasem nietolerancja na mleko czy cokolwiek innego przejawia się mniej efektownie. Nie zawsze biegunką, ale może to być po prostu lekkie rozwolnienie. Kwestia obserwacji organizmu i wsłuchiwania się w reakcję. To jest zdolność, którą się nabywa przez lata. Potem rzecz jest prosta, ale trudna w opisie 🙂