Nowe spojrzenie na dietę masową i redukcyjną cz. 4

Kulturyści czasów minionych

Warto zatrzymać się chwilę nad dietą kulturystów i siłaczy pierwszej połowy dwudziestego wieku. W tamtych czasach nie było jeszcze kolorowych gazetek pełnych pseudonaukowego żargonu. Nie było też masy dziwnych artykułów i doniesień w internecie. To co można przeczytać dziś pod hasłem „amerykańscy uczeni odkryli, że…” ociera się już niemal o parodię w stylu Monty Pythona. Czytamy te banialuki o genach odpowiedzialnych za masę mięśniową i inne kaczki dziennikarskie, a potem kombinujemy, jak wykorzystać to w swoim treningu i żywieniu. Czytamy o magicznym składniku diety, tak jakby tylko ten jeden aminokwas czy inny element liczył się w budowaniu mięśni.
Nie mam nic przeciw nauce i wykorzystaniu jej w sporcie. Sam w pewnym momencie przerzuciłem się na publikacje naukowe zamiast czytać ciągle bzdury z kolorowej pracy powielanej do upadłego w sieci. Jest jednak wielka różnica między pracą naukową, a takimi tanimi doniesieniami. Są to zwykle rzeczy wyrwane z kontekstu i podkoloryzowane tak, by wyszła z tego sensacja.
Jasne, że publikacje naukowe też trzeba czytać krytycznie i selektywnie, ale teraz nie będziemy się zbytnio rozdrabniać. Dość powiedzieć, że nasi dziadkowie nie byli tak bardzo ogłupiani przez media. Większość wymyślała sama układy ćwiczeń i eksperymentowała z własnym ciałem. Do pewnego stopnia była to więc praca badawcza. Dziś większość z tego niemal całkowicie zapomniano.
Nas dzisiaj interesuje najbardziej to co oni jedli. Jest to pytanie o tyle ważne, że możemy mieć pewność, że nie używali ani sterydów ani nawet suplementów. Z tej prostej przyczyny, że ich jeszcze nie było. Można stwierdzić, że lata badań nad dietą i treningami doprowadziły do znacznego postępu. Czy na pewno? Czy w tej sprawie faktycznie nauka i praktyka sportowa posunęła się do przodu lub może inaczej, czy zrobiła wielkie postępy?
Widzimy na scenach wielkich napakowanych facetów, przy których ci z przez kilkudziesięciu lat wyglądają na małych. Hm. Chyba nie musimy się oszukiwać i zgadywać czemu to zawdzięczają. Zresztą poza oczywistym pytaniem o zdrowie, bo każdy z tych panów kończy szybko i mało efektownie, pozostaje pytanie o rozsądną wielkość mięśni. Po przekroczeniu tej rozsądnej wielkości to co miało być piękne staje się monstrualne. To trochę tak jak z kobiecym biustem i panującej modzie kobiecość spotworyzowaną!
Przyjmijmy, że zdrowa granica dla faceta o przeciętnym wzroście to mniej więcej 50 cm w ramieniu i reszta odpowiednio proporcjonalna. Tyle, moim zdaniem, każdy w miarę zdrowy i dobrze prowadzony facet osiągnąć może. Mniej więcej! Bez sterydów. Skoro tyle można naturalnie osiągnąć, to pozostaje to w granicach piękna i symetrii.
Skoro więc dziś mało kto naturalnymi metodami osiąga taki wynik, bo po przekroczeniu 40-45 cm zaczynają się problemy, to gdzie ten postęp? Eugen Sandow w kilka lat zbudował ramiona wielkości 49 cm i resztę odpowiednią dużą. Podnosił jedną ręką takie ciężary, które są problematyczne przy użyciu dwóch dla większości współczesnych pakerów. To było sto lat temu. Na razie nie będziemy się zajmować jego treningiem. Mam zamiar przeanalizować go jeszcze raz po latach na bazie tego co wiem teraz i wtedy być może napiszę coś więcej. Dziś wraca nam pytanie, które pozwolę sobie wyrazić dosadnie w formie kolokwialnej – co on żarł?

Dieta Sandowa i jego następców

Z tego co mi wiadomo nie przywiązywał takiej wagi do żywienia, jak robi się to obecnie. Było to raczej odżywianie instynktowne. Jako, że jeszcze nikt nie promował teorii cholesterolowej więc na jego dietę składały się przede wszystkim: jaja, nabiał i mięso. W tamtych czasach powszechnie uważano, że siłę dają właśnie te pokarmy, a nie płatki owsiane czy ryż! Nic nowego?
W tej sprawie również trudno dostrzec jakiś postęp przez te ostatnie sto lat. Wręcz przeciwnie. Raczej regres. Trenujący ówcześnie nie rozróżniali diety na masę i diety redukcyjnej, chodziło o to by z miesiąca na miesiąc wyglądać coraz lepiej. Nie raz dobrze, a raz jak prosiak! To samo wyrażało stwierdzenie Thibaudeau z przed kilu lat – facet w sypialni mówi do kobiety „Wiesz dziś nie będziemy świecić światła, bo aktualnie robię masę!”.
Co jakiś czas wielu napakowanych facetów wypisuje takie hasła w stylu – „Nie przejmuj się wielkim brzuchem. Chcesz mieć dużą siłę musisz obrosną tłuszczem. Potem to zrzucisz”. Czy na pewno? Czy faktycznie warto tak „masować”, a potem się redukować? Do tego jeszcze powrócimy.
To co na razie warto sobie uświadomić to fakt, że panowie ci nie stronili od pożywienia wysokobiałkowego i wysokotłuszczowego. Węglowodany były w tym wszystkim jedynie dodatkiem. Jak widać nie przeszkadzało im to w budowaniu sylwetki ani wielkiej siły. Co ważniejsze cieszyli się formą do późnego wieku i nie musieli ustawiać się w kolejce po nowe nerki. Jedli dużo białka, choć pewnie dokładnie go nie liczyli. Instynktownie wiedzieli, że im są więksi i podnoszą więcej muszą też więcej jeść. Tyle, że nie ryżu i makaronu!

Jeszcze raz o badaniach naukowych

Powróćmy jeszcze do badań naukowych. Modelowi żywienia, jaki tutaj staram się promować stoją na przeszkodzie dwie dość popularne tezy. Jedna mówi o szkodliwości białka dla nerek, a druga o szkodliwości cholesterolu dla serca i układu krążenia. Mamy do tego trzecią już wprost z branży kulturystycznej, że bez dużej ilości węglowodanów nie da się zbudować wielkich mięśni.
Czytając o takich czy innych badaniach warto zdawać sobie sprawę z tego, jak zwykle wygląda metodologia ich przeprowadzania oraz jak łatwo zniekształcić wyniki. Wiarogodne badania to badania falsyfikujące. To oznacza, że dany naukowiec stara się wręcz na siłę znaleźć „dziurę w całym”. Szuka się możliwości obalenia teorii, a nie jej potwierdzenia! Czy zwykle tak to wygląda w praktyce? Niestety nie! Większość badań nad cholesterolem przeprowadzono po to, by potwierdzić związek spożywania nasyconych kwasów tłuszczowych z chorobami serca. Nikt nie brał przy tym pod uwagę innych zmiennych środowiskowych.
Osoby, które zachorowały na serce jadły sporo mięsa? No to wszystko wiadomo. Dużo cholesterolu w pożywieniu i serce tego nie wytrzymało. Nikt nie pytał już o inne tłuszcze w diecie, o proporcje czy wreszcie o to ile spożywali węglowodanów. Robiono proste badania epidemiologiczne i wyciągano pochopne winsoki, a wszystko tylko po by pasowało do teorii. Błędów doszukiwano się tylko wtedy, gdy wyniki do teorii nie pasowały!
Pisałem już o tym, że norma białka 0,8 grama na kilogram masy ciała, jako zdrowe maksimum dla zdrowego człowieka, powstała z przeinterpretowania wyników badań. Pierwotnie była to norma dla osób chorych na nerki. Zauważono, że przy takiej dawce poprawia się u nich funkcjonowanie nerek. Potem zrobiono z tego normę dla wszystkich. Rozumowanie w stylu, że skoro przy złamaniu nogi chodzenie szkodzi, to znaczy, że szkodzi wszystkim zdrowym ludziom!
Czytałem nawet kiedyś taki artykuł, którego autor dowodził, że głodujące afrykańskie dzieci karmione dużą ilością białka umierały, więc duża ilość białka jest szkodliwa. Nie wiem, kto takim ludziom przyznaje tytuły naukowe. Jasne, że po długiej głodówce nie wolno nagle jeść nie wiadomo ile. Do większych ilości białka czy tłuszczu też trzeba organizm stopniowo przyzwyczajać. Znajdziesz wygłodniałego człowieka na pustyni to nie możesz od razu pozwolić mu jeść do woli, bo umrze.
Tylko, czy to jest argument za tym, że białko jest szkodliwe? Na zapotrzebowanie na składniki pokarmowe składa się wiele czynników. Lekceważenie tego faktu przez wytyczanie ścisłych norm i to tak bardzo zaniżonych jest niepoważne. W tym miejscu uprzedzę fakty i podpowiem jeszcze jedno. Prosta proporcja makroskładników do ciężaru ciała też wszystkiego nie rozwiązuje…

2 odpowiedzi do artykułu “Nowe spojrzenie na dietę masową i redukcyjną cz. 4

  1. Drelka

    Hej

    Kiedyś często przesiadywałem na znanym polskim forum sportowym (kolo 5 lat) w dziale kulturystyki, odżywiania i dietetyki – w poszukiwaniu wartościowych informacji. Problemem było to, że spam sypał się strasznie i każdy miał swoją rację. Niektórzy specjaliści przekrzykiwali się między sobą o to, kto ma rację itp.
    Już od jakiegoś czasu miałem Twoja stronę dodaną do zakładek i czekała, aż tu zajrzę. Szkoda, że tyle zwlekałem. Mam nadzieję, że reszta artykułów będzie równie wartościowa 🙂 Poważnie podchodzisz do sprawy i to mi się podoba. Nareszcie ktoś wiarygodny. Dzięki za wartościowy artykuł.

    Do tematu:
    Cieszę się, że obalasz to, na czym dzisiejsi trenujący opierają swoje plany. Nie mogę się patrzeć na osoby wypróbowujące treningi Arnolda czy Colemana, w kółko jedzące ryż i kurczaka.. wpychające w siebie masę tanich gainerów i innych suplementów. Też kiedyś miałem mylne pojęcie o tych rzeczach, a to wszystko za sprawą błędnych informacji krążących po co drugiej stronie internetowej poświęconej tematyce kulturystyki czy treningu siłowego.

    pozdrawiam, Drelka

    1. stefan

      Witam i dziękuję za pozytywną opinię. Sam wcale nie uważam się za eksperta. Ciągle się uczę i bywa, że zmieniam poglądy na jakiś temat. Widać to zwłaszcza w sprawie diety. Ostatnie dwa lata przyniosły mi całkowite przewartościowanie w tym temacie.
      Bycie ekspertem niesie też to ryzyko, że człowiek czuje się zobowiązany podtrzymywać swoje zdanie. Bo jak można nagle przyznać się do błędu, gdy wszyscy cię podziwiają? Ludzie tej miary co Poliquin czy Thibaudeau są do tego zdolni i kilka razy zmieniali poglądy o czym sami pisali. Jednak większość tego nie potrafi. Czego raz się nauczyli tego trzymają się uparcie. Mam za sobą długie lata „błędów i wypaczeń”, to co teraz pisze jest tego owocem. Sam zrobiłem tyle błędów w przeszłości, że całkiem możliwe iż teraz też w jakiejś kwestii się mylę. Choć oczywiście zakładam, że wiedzy i doświadczenia mam więcej niż kiedyś. Tyle, że doświadczenie można różnie rozumieć.
      Wiele stron internetowych o kulturystyce jest tworzona na zasadzie powielania i przepisywania opinii z innych. Robi się to całkowicie bezkrytycznie. Tym sposobem bajki podwórkowe ulegają przekształceniu w prawdy obowiązujące. Większość z tych bzdur miałem okazje sprawdzić na sobie, widziałem jak ćwiczyli i żywili się według nich inni i dlatego twierdzę, że są szkodliwe.
      To tak ode mnie 🙂 Acha ten cykl jeszcze się nie skończył. Wkrótce pojawi się kontynuacja. Pozdrawiam.